<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728</id><updated>2012-02-16T10:58:11.426-08:00</updated><title type='text'>Drogajakoja</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>54</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1766802943174564595</id><published>2011-05-08T07:55:00.000-07:00</published><updated>2011-05-25T04:56:29.632-07:00</updated><title type='text'>Poza alfabetyczną kolejnością - szacunek.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-IvX-ey6kUhc/Tcaxf8ira2I/AAAAAAAAA_8/JRTzZuV-Hlg/s1600/DSC00567.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-IvX-ey6kUhc/Tcaxf8ira2I/AAAAAAAAA_8/JRTzZuV-Hlg/s400/DSC00567.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5604361948694801250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wymykając się alfabetycznemu porządkowi, wymykając się porządkowi, którego obecność mogłaby uschematyzować moje życie, uprościć i połatać w miejscach "dziurawych w ojczyznę", chciałam o szacunku. Znowu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój mąż zmaga się w Polsce z ciągle powtarzającym się jak Maria Panna w litanii pytaniem:  po co Ty tu? To obciążone balastem filozoficznym pytanie, sprowadzone jest w tym przypadku do nieco bardziej przyziemnego poziomu – chodzi o Polskę, chodzi o wybór, jakiego jako jednostka obdarzona podobno wolną wolą, dokonał. Ludzie pytają nie dlatego, że chcą wygonić mego małżonka, nie dlatego, że są przekonani o jego niższości rasowej czy cywilizacyjnej. (Nie dodam kulturowej, albowiem elity intelektualne pogardliwie wypychają dolną wargę w ledwo dosłyszalnym "phi"; na "phi" oceniając niską kulturę Ameryki Północnej, której ekwiwalentów w ogóle nie ma i na pewno, jak amen w pacierzu, nigdy nie będzie, w wysoko kulturalnie rozwiniętym narodzie polskim). Ludzie pytają, bo myślą, że mają do czynienia z szaleńcem, intelektualnie wykręconym, który musi skrywać Jakąś Wielką Tajemnicę. Założenie jest takie, że pewno mnie, czyli swoją żonę, strasznie ów chłop musi Kochać – dlatego gotowy był poświęcić szczęście i dobrobyt Ameryki na rzecz kraju trzeciego świata. Powtórzę jeszcze raz, bo może umknęło – kraju trzeciego świata. &lt;br /&gt;I tak codziennie, i w te i we wte. &lt;br /&gt;Początkowo mąż wytrzeszczał oczy,  przepłukiwał uszy (raz nawet poszedł w tym celu do polskiego lekarza, który pochylając się nad prawym uchem powiedział: a teraz zajrzymy jeszcze do ucha lewego – ale po angielsku powiedział!). W zastraszająco szybkim jednak tempie zaczął się zmieniać – z osoby, która o ojczyźnie mej miała raczej dobre mniemania, na temat Polski dzierżyła niewiele przesądów i niewielu stereotypom hołdowała, przeobraża się w człowieka, ktory z pełnym przekonaniem wygłasza wszystkie utarte opinie o polskim narodzie, jak każdy porządny i nie szanujący siebie Polak. Niska samoocena moich ziomków podcięła mu nogę. Powtarza wszystko, co mu mówią i co gorsza, w część tych bzdur zaczyna wierzyć. Dał się szybko przekonać, że skoro nie wolno pić wody z kranu, jest to kraj tylko w ćwierci cywilizowany. Daje się przekonać, że skoro tutaj mieszka, to musi być idiotą, albowiem Ameryka jest rajem, jest wszystkim co najlepsze i najpiękniejsze. Dał się przekonać, że Polacy są skorumpowani, nic się nie da w tym państwie załatwić i wszystko się rozlatuje. Polityka śmierdzi bardziej niż w innych politycznych szambach, korupcja korumpuje, biurokracja biurokratyzuje. Ludzie są smutni, pogoda zawsze niemal wpływa niekorzystnie. Mój mąż prawie cierpi. Słowem zasymilował się, upolszczył i nawet tego nie zauważył. Na pytanie po co tu jest, podwija ogon i głupio mu odpowiedzieć, że tu pracuje, że w Polsce zarabia pieniądze, że jego krakowskie mieszkanie jest tak samo wygodne jak nowojorskie, że jest doceniany za to, co robi. Jest mu chyba głupio powiedzieć, że jego pobyt w Polsce przynosi mu coś w rodzaju szczęścia (a fuj, a fuj, ludzie o takich rzeczach nie rozmawiają, szczeście to jakiś wyraz z dwudziestowiecznych podręczników do aksjologii; któż by to czytał).&lt;br /&gt;Skąd ten brak poczucia własnej wartości, to nagłe problematyzowanie własnego tu i teraz, ten negatywizm, malkontenctwo i krytycyzm. Skąd to nagłe zaczernianie białego, ubielanie czarnego – specyficzny daltonizm w kwestii wartości. Z wody! Zamiast kranówy pijemy tutaj przegotowane lub zmineralizowane produkty pochodzące z plastikowych butelek. To ten brak kontaktu z matką naturą wykrzywia perspektywę ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami wydaje mi się jednak, że wynika to z braku szacunku. Nie jestem pewna czy w sytemach edukacyjnych, w rodzinach, w miejscach pracy istnieje element, metoda pozwalające nauczyć się szacunku w stosunku do  źrodła swojego dobro-stanu, jakikolwiek  by on nie był – czy to fizyczny, czy to intelektualny, czy nawet duchowy.  Kultura Ameryki nie uczy szanować swoich najwyższych wartości – pieniądza i przemocy, cały czas je obrzuca błotem i pomidorami w schizofrenicznej zabawie z samą sobą, próbując coś bełkotać o demokracji i tolerancji – jakby nie mogła się zdecydować (od ponad 200 lat) co to też chciała głośno powiedzieć. Kultura  polska nie uczy szanować samej siebie, opowiadając o swoich kochankach, szmalu z obcych źródeł i taniości. Może to jakiś ogólny problem z wartościami?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szacunek tymczasem fajna sprawa. Bardzo porządkuje życie. Wbrew pozorom – upraszcza. Gra się tak: jeśli rzecz, idea, człowiek, grupa społeczna, wartość jest źródłem mojego dobro-stanu, szanują ją, tzn. akceptuję jej integralność, istotę i sposób istnienia, powstrzymując się od działań, które w moim mniemaniu ten stan istnienia mogłyby naruszać lub zakłócać.&lt;br /&gt;Tyle. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moi rodzice oprócz szacunku do książek w każdej postaci i nauki w każdym przejawie nie przekazali mi żadnych innych pomników do respektowania. Nie nauczyli, niestety, poszanowania dla pieniędzy – sama się nauczyłam, znajdując szczęśliwość w możliwości spłacenia długów. Nie nauczyli szanować samych siebie – sama się nauczyłam, patrząc jak bezintersownie oddają światu wszystko co dostają, jak bezmiernie się kochają, jak potrafią mówić prawdę, wspierać i wierzyć w siebie. Nie przekazali mi szacunku do swojego boga, swoich autorytetów, innych ludzi. Szacunku uczyłam się sama na własnej skórze doświadczając siły i porażki, ucząc się pokory wobec tego, czego zmienić nie mogę i miłości do tego, co ode mnie różne. &lt;br /&gt;Jak do tej pory, szacunek jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, które mi się przydarzają. Pozwala "omijać" gdzie nie da się kochać, cieszyć się tym, co się udało osiągnąć, przyglądać temu, co nieosiągalne z uwagą i bez rozpaczy.&lt;br /&gt;Dużo się jeszcze muszę nauczyć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1766802943174564595?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1766802943174564595/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1766802943174564595' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1766802943174564595'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1766802943174564595'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2011/05/poza-alfabetyczna-kolejnoscia-szacunek.html' title='Poza alfabetyczną kolejnością - szacunek.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-IvX-ey6kUhc/Tcaxf8ira2I/AAAAAAAAA_8/JRTzZuV-Hlg/s72-c/DSC00567.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5447570602907217431</id><published>2010-11-07T09:52:00.000-08:00</published><updated>2010-11-29T01:26:23.415-08:00</updated><title type='text'>Fabryczna Dziewczyna</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TPJw5-mgxDI/AAAAAAAAA7w/24J7eHjdD88/s1600/P1050411.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TPJw5-mgxDI/AAAAAAAAA7w/24J7eHjdD88/s320/P1050411.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5544618232605885490" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nad domami szara mgła, silny wicher ją rozpina, co dzień do fabryki szła, fabryczna dziewczyna...Co dzień o 6 rano głos syren budził ją, z melodią rozśpiewaną, z dala od wszystkich stron...&lt;br /&gt;Wychodzę z domu koło 6. Jest zimno i wietrznie. Wieje od zatoki. Ona, Statua Wolności w mroźnej rześkości poranka wydaje się być niemal na wyciągnięcie ręki. Mówię jej cześć - codziennie. Pozdrawiam ideę bo wypada, tak jest obciążona znaczeniem, a ja mam szacunek do "znaczeń" - uniwersalnych. Czasami myślę, że jest po mojej stronie, że mnie rozumie, że wie, co czuję widząc dwudziestą trzecią przykrytą górą plastikowych worków ze śmieciami, resztkami mikrofalówek preparujących pożywienie brooklińczyków, skrawkami dziecięcych łóżeczek, w których wychowywało się niejedno pokolenie, niejedna ludzka historia bawiła się w marzenia i nadzieje. Czasami myślę, że uśmiecha się do mnie krzywo, sarkastycznie, szydząc z moich prób znalezienia się w systemie. &lt;br /&gt;Brooklyn Army Terminal jest na pięćdziesiątej ósmej. Przymrozek późno listopadowy szroni stary wrak Lincolna. Kiedy mijam ten samochód przychodzą mi do głowy scenariusze. Dziury po kulach na przednich drzwiach. Duct tape skleja zderzak z całością - na pewno jakiś "car racing". Dwóch gości z Coney Island spotkało się z czterema takimi z Sunset Parku i była rozróba. Chikka, od nas, z Park Slope, którego ojciec jest policjantem opowiadał takie historie - jego babcia nawet stała w sklepie, na rogu 25-tej kiedy weszli ze spluwami. Ale Chikka mówi, że u nas i tak jest bezpieczniej niż  na Manhattanie, on tam nie jeździ.&lt;br /&gt;Hola, Hola - witam się z pracującą społecznością i wjeżdżam na swoje piętro. Za żelaznymi drzwiami z mezuzą mocno przytwierdzoną do framugi. Słuchaj Izraelu! Haszem Bóg nasz, Haszem jest Jedyny!&lt;br /&gt;Chinki już głośno gderają w pomieszczeniu socjalnym , latynosi jak zwykle się spóźnią, Polacy stoją jeszcze na zewnątrz dopalając swoje paierosy.&lt;br /&gt;Zanurzam się w korytarze z paczkami, zanurzam się w system. Z rana trzeba przedrzeć się przez pudełka, które narosły w nocy. Wymierzam kopniak w sam środek nowopowstałego muru. Mam nadzieję, że uda mi się utworzyć dziurę, lukę w systemie, dzięki której będę mogła dostać się na swoją pozycję. Moje biurko znajduje się pomiędzy oceanami przedmiotów niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia. Otaczają mnie stare, nie tykające, wypatroszone zegary, rubensy, które ktoś próbował przemalować lub skopiować, trochę osiemnastowiecznych krajobrazów amerykańskiego szczerego pola, parę pianin, fortepian, szafy grające, radia w mahoniowych garniturkach, inne drewniane cudeńka aranżowane na art deco. Na samym brzegu, tuż przy wyżłobionych do poruszania się korytarzach, piętrzą się maszynki do golenia, obcinania lotów, podcinania skrzydeł. W zatokach siedzą Chińczycy, Portorykańczycy i garstka obywateli Meksyku. Tłum ten składa maszynki, ostrze do ostrza. Za powstaniem projektu, świata na 58-tej, stoi więc siła ludu! Posuwając się dalej zobaczymy znowu tylko pudełka. Ciągną się prawdopodobnie kilometrami (nigdy nie udało mi się przemierzyć całego świata firmy). Olbrzymi ocen faluje w swoim rytmie. Czasami jakiś karton zostanie wyrzucony na środek korytarza. Trzeba go wepchnąć z powrotem, utopić. Czasami zmuszona jestem wydrzeć morzu tektury jakąś kroplę - taką mam pracę. Na każdym tekturowym prostopadłościanie umieszczony jest numer, tajemniczy kod do rzeczywistości poza firmą. Jestem od kodów. Albowiem każdej cząstce wewnątrz odpowiada jakiś element na zewnątrz. Proste, jak w każdym przyzwoicie stworzonym systemie. Liczba i słowo. Słowo i liczba.&lt;br /&gt;Nie że jest mi tutaj źle. Nie zbieram się do protestu. Obserwuje. Myślę o powstaniu 20 000 w 1909 r, myślę o pożarze w Triangle Factory i spadających pochodniach - bo właściciele fabryki zamknęli drzwi, żeby nie można było w trakcie tych 12 godzin pracy wychodzić się wysikać. ("Let them burn up. They are a lot of cattle, anyway." - miał powiedzieć jeden z właścicieli fabryki). Myślę o Clarze Lemlich,ukraińskiej żydówce, która swoim "mam dość tego gadania", rozpoczęła rozruchy, które przyczyniły się do utworzenia labor union.&lt;br /&gt;"Nie mówię o socjalizmie, przyjaciele, mówię o neo-humanizmie" - myślę sobie, a w duszy postanawiam wrócić do Polski. &lt;br /&gt;Ciekawę co tam odnajdę. American Dream zmieniam na Polish Dream. Ziemia obiecana jest na Wschodzie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5447570602907217431?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5447570602907217431/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5447570602907217431' title='Komentarze (15)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5447570602907217431'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5447570602907217431'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2010/11/fabryczna-dziewczyna.html' title='Fabryczna Dziewczyna'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TPJw5-mgxDI/AAAAAAAAA7w/24J7eHjdD88/s72-c/P1050411.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>15</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5985658226102173310</id><published>2010-07-07T05:38:00.000-07:00</published><updated>2010-07-07T06:05:54.885-07:00</updated><title type='text'>Z zupełnie innej strony...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDR7q9qb5jI/AAAAAAAAA50/A7pBrfVmSrw/s1600/P1050950.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDR7q9qb5jI/AAAAAAAAA50/A7pBrfVmSrw/s320/P1050950.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5491149823708751410" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długi lot pomiędzy parterem&lt;br /&gt;a ósmym piętrem&lt;br /&gt;wypełniam myślami o przeszłości&lt;br /&gt;(każdy tak podobno ma)&lt;br /&gt;Cóż niby wielkiego wydarzyło się&lt;br /&gt;w moim nieistnieniu?&lt;br /&gt;Jakież wielkie odpowiedzi pozostały&lt;br /&gt;bez pytań?&lt;br /&gt;Papierosa gaszę gdzieś pomiędzy czwartym&lt;br /&gt;a piątym&lt;br /&gt;horyzontem zakłopotania.&lt;br /&gt;Czy reguły jakie odkryłam balansując&lt;br /&gt;na krawędzi krawężnika&lt;br /&gt;w pijackim upodobaniu&lt;br /&gt;mają postać celu czy istoty?&lt;br /&gt;Czy warunkują, czy są warunkowane&lt;br /&gt;Genem?&lt;br /&gt;A jeśli tak to, to z jakiej przepaści&lt;br /&gt;geneologicznej&lt;br /&gt;spuszczonym w macicę niewiasty bez grzechu?&lt;br /&gt;Na poziomie nieludzkim piętra siódmego&lt;br /&gt;odprężam członki i daję im wolną wolę.&lt;br /&gt;Niech wybierają, do cholery!&lt;br /&gt;Niech się cieszą, radują wskrzeszeniem&lt;br /&gt;Nieodwołalnym&lt;br /&gt;Piętra Ósmego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5985658226102173310?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5985658226102173310/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5985658226102173310' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5985658226102173310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5985658226102173310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2010/07/z-zupenie-innej-strony.html' title='Z zupełnie innej strony...'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDR7q9qb5jI/AAAAAAAAA50/A7pBrfVmSrw/s72-c/P1050950.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1078387308655565584</id><published>2010-05-29T01:12:00.000-07:00</published><updated>2010-06-22T13:43:26.511-07:00</updated><title type='text'>W jak "zaraz wracam" - o potrzebie uciekania, czasami zwanej wędrówką</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TADNz4pRlQI/AAAAAAAAA4Q/IlgSUPVZoog/s1600/P1060388.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TADNz4pRlQI/AAAAAAAAA4Q/IlgSUPVZoog/s320/P1060388.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5476603438145049858" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mistrzostwo w "wyjściach": trzaskanie drzwiami, bieg w kierunku odwrotnym do przebytego, palenie za sobą  mostów/stosów, lot kosmiczny na Andromedę (daleko i zajmuje trochę czasu), zaminowanie pola, po którym się właśnie przechodziło, ciuchutkie wślizgnięcie się pod czapkę niewidkę, słowem robienie wszystkiego by zniknąć, zapomnieć, zamknąć, zatrzymać jakiś bieg myśli i zdarzeń raz na zawsze. Tłumaczę sobie, że osiągnięcie maestrii wychodzenia nie jest moją zasługą, że z pewnością odziedziczyłam ją po przodkach - ludziach, że genetycznie jestem do niej przyzwyczajona, że to nic innego jak pielęgnowanie rodzinnego dorobku. Wychodzenie, zamykanie, dyskontynuacja sprawia mi wyraźną przyjemność. Wychodzę z trzaskiem, impetem i piorunami. Zawsze mam w kieszeni jakieś drobne, by zafundować sobie kawałaczek dramatu, odrobinę tragedii, szczyptę rozczarowania z nutką melancholi...Wychodzę i czuję ulgę. Konsekwencje nagle się zacierają, tracą ostrość noża wiszącęgo na gardla zadania do wypełnienia. Etycznie jestem usprawiedliwiona - wyszłam, nie wracam, nie ma mnie. Podmiot zakończył istnienie, do odegrania pozostaje dramat pustki wyznaczonej brakiem istoty. Buuuu, huuuu, ahhhhooo –  w pustej pustce niewykonanego zadania, kolejnej porażki, odbija się echo, jakby przeszłości, ale kogo?  &lt;br /&gt;Ciągłość może sprawiać kłopoty: pamiętanie o datach urodzin, o synach i córkach znajomych i rodziny, o długach i należnościach, nie zaspokojonych pragnieniach i pragnieniach zrealizowanych w nadmiarze. Wyjścia są poręczne. Trzaskam drzwiami, nie wracam, wychodzę, przekreślam ciągłość swojej obecności w jakiejś historii. Wada postawy (kręgosłup moralny mi się czasami wykręca), wada wzroku (nie dostrzegam zawartości człowieczeństwa w człowieku) predysponują mnie do uprawiania dyscypliny uciekiniera, łowcy wyjść.  &lt;br /&gt;Liczę na to, że kosmos za zamkniętymi drzwiami znika, rozpływa się w nagrzanym słońcem, pachnącym kwiatami, przesyconym kolorami powietrzu-przestrzeni. W czym nie uczestniczę, tego nie ma. Co zostało zamknięte, nie można otworzyć. Ta sama rzecz nie może być zarazem otwarta i zamknięta w tym samym czasie. Nie jest tak?  &lt;br /&gt;"Zaraz wracam" jest ontologicznie niemożliwe. Nie jest tak?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugiej strony drzwi zaczyna się Wejście. Zawsze mnie zaskakuje szybkość tego procesu. Zawsze mam nadzieję, źe pomiędzy wejściem i wyjściem nastąpi jakaś pauza, jakieś nic, w którym będzie można nabrać powierza, odetchnąć, przepłukać usta, odświeżyć makijaż, doprowadzić się do porządku. Nic - z tego. Wędrówka, w moim przypadku zwana ucieczką, nie odpoczywa. Wejścia zatem mam nieśmiałe, raczej ciche i nie zdecydowane. Wchodzę na palcach, nie podnosząc głowy. Złość po zatrzaśnięciu drzwi jeszcze krąży w moich żyłach, a do systemu wylewa się już strach. Jeszcze dobrze nie wyszłam, jeszcze się nie rozsiadłam w nowej sytuacji, jeszcze jestem w niej gościem, a już zaczynam się rozglądać za "wyjściem ewakuacyjnym". Po prostu wolę wiedzieć, gdzie jest, żeby trafić tam w panice, po omacku, ciemną nocą, kiedy nikt nie będzie się spodziewał. Zostawię tylko kartkę: "Przepraszam, musiałam wyjść...dla dobra wszystkich istot czujących. Peace and love, wasza na zawsze".&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1078387308655565584?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1078387308655565584/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1078387308655565584' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1078387308655565584'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1078387308655565584'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2010/05/w-jak-zaraz-wracam-o-potrzebie.html' title='W jak &quot;zaraz wracam&quot; - o potrzebie uciekania, czasami zwanej wędrówką'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TADNz4pRlQI/AAAAAAAAA4Q/IlgSUPVZoog/s72-c/P1060388.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5472739523740206257</id><published>2010-01-26T19:11:00.000-08:00</published><updated>2010-01-27T13:27:36.765-08:00</updated><title type='text'>Pora na utopię (U!)</title><content type='html'>"A map of the world that does not include Utopia is not worth even glancing at." Oscar Wilde   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I żeby wszystkim było dobrze i pięknie. I żeby wojny nie było, ni bólu. Żeby ludzie sobie ufali, możliwa była kooperacja oparta na zgodzie co do pola wzajemnej odpowiedzialności. Oczywiście, żeby nikt nie chorował,bo zdrowie jest najważniejsze. Żadnej depresji, zniechęcenia - tylko otwarty, nieograniczony pęd, działanie, osiąganie- bo czlowiek, homo faber, i coś majstrować musi, inaczej schodzi na psy.&lt;br /&gt;    I żeby jeszcze piękno przyrody i "niepowatarzalnej" nas tuliło w ramionach swych opiekuńczych. Matka-natura, nasza obecnością i tym ciągłym robieniem z igły widły, w ogóle się nie przejmowała, tylko jak na dzieci niesforne spoglądałaby z błogością.&lt;br /&gt;    Świat nie miał nas w tyle, lecz zawsze, jak troskliwy ojciec, wchechmogący i przewidywalny, dumny byłby z ludzkości i jej radosnego dorastania do prawdy.&lt;br /&gt;    Mędrcy by rządzili, bo do rządzenia się nadają, kupcy kupowali, przedszkolanki przed-szkoliły, śpiewacy śpiewali, malarze malowali, matematycy liczyli, a ci co mają talenty ogólne, ogólnie slużyli wspólnocie. By natura ludzka była jasna i prosta - jak na dloni! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Czy wspomniałam już o sprawiedliwości społecznej? Równość, tolerancja, braterstwo i milość wszem i wobec! Czy wspomniałam, że nikt nie kłamałby, nie zabijał i generalnie całe prawo moralne, kiedykolwiek wymyślone, każdy by miał w jednym paluszku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Nie chce mi się ostanio przesiadywać w rzeczywistości - bo piecze, zniechęca i zasmuca. Plastikowe torebki wirujące na wietrze stanowią zagrożenie dla zdrowia (komunikat takiej treści usłyszałam wczoraj w radio). Porzucone na ulicy parasolki atakują powykręcanymi drutami. Widzę za rogu wygladająca anty-utopię w jej dwudziestowiecznych rojeniach. Jest tuż, tuż. &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;    Utopia i urzeczywistniające się na plenecie ziemi przecistawieństwo - anty-utopia towarzyszą ludzkości od zawsze. A to w paradygmacie religijnym raju i piekła, ziemi obiecanej, shambali takiej lub innej, a to w przebraniu literackim, a to w sugestiach uzdrowicieli ekonomi, czy stosunków społecznych.Ostatnio popularna jest wiara w utopie wewnętrzne - naturalny rozwój "prawdziwego ja", albo też "wewnętrznego bóstwa", "ukrytej kobiecości", "ducha wszechświata", ewentualnie wyższej świadomości. Taka utopia niewątpliwie nas uszczęśliwi, przyniesie spokój, szczęście, obojętnośc na męża i dzieci, na żonę i kolegów w pracy, a w bonusie wolność od śmierci, narodzin i kapitalizmu w wersji amerykańskiego neo-liberalizmu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Budowanie utopi to więcej niż praca stwórcza. Kreacja utopi jest przekraczaniem granic racjonalności, wymaga wiary. Bo nie można wykreować niebytu! Nawet prehistoryczny i lekko już zakurzony z oczywistych powodów Bóg-Stwórca, poruszał się w stronę odwrotną - od niebytu do bytu. Taka droga wydaje się bardziej logiczna.&lt;br /&gt;    Pozwolę sobie w mojej własnej metafizyce wewnętrznej, paradoksalnej, rzecz odwrócić.&lt;br /&gt;    Na początku istniał Byt. Byt jednakowoż był niewygodny i wielokrotnie brzydki, w dodatku z dziurami, których nie dało się wyeliminować nawet codziennym zaszywaniem. Byt przeciekał, wylewał się, pękał w szwach. Dlatego powstał Niebyt. Niebyt był idealny i pusty  jak nicość. Byt i Niebyt żyli razem w zgodzie długo i szczęśliwie. Nigdy się ze sobą nie kłócili, bo i po co. Nie mieli problemów z komunikacją, bo nic nie stało na przeszkodzie. Nie wahali się kochać. I tak było pusto wszędzie, tak cicho i czysto.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5472739523740206257?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5472739523740206257/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5472739523740206257' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5472739523740206257'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5472739523740206257'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2010/01/pora-na-utopie-u.html' title='Pora na utopię (U!)'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-605160562105954102</id><published>2009-12-22T18:05:00.000-08:00</published><updated>2009-12-22T18:30:06.052-08:00</updated><title type='text'>T jak  terror - mecyje alfabetu wewnętrznego...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SzGASsBtIRI/AAAAAAAAA2U/Wj3fWIMHgDo/s1600-h/P1050429.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SzGASsBtIRI/AAAAAAAAA2U/Wj3fWIMHgDo/s320/P1050429.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5418252885247729938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Terror, o którym przy okazji mojego wewnętrznego alfabetu chcę opowiedzieć, jest terrorem wewnętrznym; jest zniewolonym, zastraszonym umysłem.&lt;br /&gt;Terror, o którym chce opowiedzieć, ma podłoże ekonomiczno-społeczne, i takież "nad-łoże"(wszelkie asocjacje pewnie nie są przypadkowe). Rezultatem jego jest zaawansowana postać znanego skądinąd ketmana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat jest taki wygodny, przytulny. Dziewczyna z kubkiem kawy w puszystym białym szlafroczku siada na miękkiej, jasnej kanapie, okrywa się kocykiem, czyta książkę i jest bezpieczna w tym cudownym kapitalistycznym świecie. Przynajmniej w teorii, przynajmniej w reklamie zachęcającej do wykupienia polisy na życie, polisy na starość i chorobę. Dziewczyna z telewizora ma pracę,  jej pożyczka na mieszkanie nie jest nieprzyzwoitych rozmarów, bo rodzice pomagali wnieść kapitał własny. Dziewczynie z ekranu dobrze w kapitalizmie, bo jest jego wytworem. Jest kreacją umysłów pracujących w agencji reklamowej, wytworem ludzi, w których życiu chwil przed telewizorem, czy nad książką jest mało, bo po pierwsze, ze dużo pracują, po drugie, niestety, w praktyce kapitalizm zatruty jest opozycją bezpieczeństwa, zatruty jest strachem: przed utratą pracy, przed spadkiem popytu/podaży, spadkiem ogólnego kursu "świata", a w szczególności niepewnością wyników na giełdzie w jakimś ponurym mieście na skrawku lądu, który tylko w teorii i ze względów historycznych nazywany jest wyspą.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Próba nie-egoistycznej obserwacji krystalicznie kapitalistycznego świata, bez żadnych niepotrzebnych socjalnych domieszek trochę uświadamia obecność kłamstwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idąc dzisiaj do pracy, obserwowałam zaśnieżoną "nierozrywkową" gębę Nowego Yorku. Zmarznięci ludzie bez domów, szaleńcy w metrze błagający o drobne, panie z windy rozmawiające o braku ubezpieczenia zdrowotnego dla chorej córki, śmieci wystajace spod śniegu, szczury przytulające się do ludzi, ludzi przytulający się do szczurów, w podziemnych korytarzach. Brud, zapach rozkładu, ludzie znikający z życia, wywalani z niego jak niegrzeczni uczniowie z klasy, za  brak pracy, za brak zdolności, za nierówność.&lt;br /&gt;Współczuje temu światu, współczuje też Ameryce, którą świat postrzega jako kapitalistyczny ideał bogactwa i władzy. Współczuje wiary w korporacyjne szczęście.&lt;br /&gt;Wiem, że w Stanach są tysiące tych, co im "się udało". Nie za bardzo jednak wciąż moge zobaczyć, co im się udało.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Terror wewnętrzny zwany także lękiem o "własną pupę", w sposób nieunikniony produkuje ketmana.&lt;br /&gt;Ketman kapitalistyczny jest  dwulicowością wiary w wolność i wiary w pieniądz. Oficjalnie wyznaje się wielką milość do demokracji, oficjalnie wierzy się w ideę ludzkich możliwości do tworzenia i kreacji Dobrego Świata. W środku natomiast ewolucja kapitalistycznego ketmana polega na stopniowym i świadomym uczeniu się kłamstwa. Oszustwo jest podstawową zasadą wolnego rynku i ekonomicznego dobrobytu - nie ma produktów dobrych dla wszystkich, nie ma produktów idealnych  i za razem tanich,podstawowe potrzeby dawno zostały zaspokojone, a jednoczesne zadowolenie producenta i klienta jest kapitalistyczną bzdurą wyssaną z jakiejś "Bibli dla Kreatywnie Sprzedających Buble". Moralny szwindel jest akceptowalną podstawą zdrowego kapitalizmu i świat kocha ten szwindel nazywajac go wolnością - wolnym rynkiem. Ketman, proszę państwa ketman! &lt;br /&gt;Ja nazywam sobie to terrorem - strachem przed utratą własnego dobrostanu, terrorem ego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kapitalizm jest dla mnie ustrojem ufundowanym na tym wewnętrznym strachu. Zastrzegam, nie mówię tutaj o starej i jarej demokracji. Mówię o ustroju ekonomicznym, który okrzyknięto "genialnym". &lt;br /&gt;Ketman to uleganie terrowi wewnętrznemu i podporządkowanie się terrowi zewnętrznemu w celu przygłaskania strachu, to uleganie podwójnym standardom moralnym z obawy przed utratą "luksusiku".&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;I jak w kraju o obliczu komunistycznym trudno nie "ketmanić" by przetrwać, tak też w kraju kapitalistycznym trza się poruszać wraz z prądem.&lt;br /&gt;Bułka z masłem - ketman terroru naszego codziennego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ps. Jako obywatel dwóch demokratycznych i kapitalistycznych państw poza wieloma innymi szlachetnymi prawami, mam równiez takie, że mogę sobie nie wierzyć w ideologiczne zasady rzadzące polityką gospodarczą tych państ, dopóki, dopóty nie stanowię zagrożenia. Nie stanowię. Mam swój szlafroczek, kubek z ciepłą kawą i wspaniałą miękką kanapę. Mam też chwilę na poczytanie książki. Jestem szczesliwa. Niech żyje kapitalizm! Hip, hip, hura!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-605160562105954102?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/605160562105954102/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=605160562105954102' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/605160562105954102'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/605160562105954102'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/12/terror.html' title='T jak  terror - mecyje alfabetu wewnętrznego...'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SzGASsBtIRI/AAAAAAAAA2U/Wj3fWIMHgDo/s72-c/P1050429.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-6127504265113357175</id><published>2009-10-28T06:49:00.000-07:00</published><updated>2009-10-28T07:00:42.608-07:00</updated><title type='text'>A w co wierzysz?  Wyznania  i  osobiste   filozofie zwyczajnych i niezwyczajnych ludzi. Jeszcze raz o pewnej audycji radiowej...</title><content type='html'>&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;W co wierzysz? Czym  kierujesz się w życiu?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1951 roku amerykański dziennikarz radiowy Edward R. Murrow zadał te pytania na antenie CBS (Columbia Broadcasting System), owierając tym samym historię&lt;span style="font-style: italic;"&gt; This I believe&lt;/span&gt;, audycji radiowej i projektu społecznego, w którym czynny udzial wzięło ponad 60 000 ludzi na całym świecie. Ten wielotysięczny tłum napisał około 36 milionów słów mających wyrazić to, co w życiu najważniajsze. Wielu z tych ludzi otrzymało przywilej osobistego odczytania eseju na antenie radia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;This I believe&lt;/span&gt;   - "W to wierzę" narodziło sie w okolicznościach powojennych, kiedy Ameryka zmagała sie ze swoim powojennym sumieniem, przestraszona II Wojną Swiatową, bombą atomową, komunizmem, niepewną przyszłością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Historia  This  I  Believe&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na kilka dni przed swoją śmiercią Margaret Trevor Wheelock, żona jednego z bardziej wpływowych biznesmenów z branży reklamowej w Filadelfii czytała wypowiedź teologa Josepha Forta Newtona o potrzebie znalezienia w życiu wewnętrznej równowagi, potrzebie życie według wartości, nie koniecznie tych materialnych. W 1949 roku, niedlugo po śmierci żony pan Wheelock spotkał się na obiedzie z Williamem S. Paley, szefem i założycielem CBS giganta medialnego, Donaldem Thornburgh, dyrektorem zarządzającym  CBS w Filadefii i Edwardem R. Murrow - najbardziej znanym głosem w radiu amerykańskim, człowiekiem uznawanym za pioniera radiowego dziennikarstwa. Rozmawiali o nowym projekcie radiowym; byłyby to kilkuminowe "spowiedzi" ludzi znanych, o tym w co wierzą i czym w się w życiu kierują, nadawane codzinnie w lokalnej rozglosni w Filadelfii, później moze także w całym kraju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Murrow, Wheelock i  Edward P. Morgan początkowo do programu wybierali osoby znane z życia publicznego. W  pierwszych dwudziestu audycjach wystąpilo kilku senatorów, paru wpływowych biznesmenów, filozofów, profesorów, sportowców i producentów filmowych. Tymczasem do twórców audycji trafił list pewnej gospodyni domowej, Nie podobała się jej elitarność w doborze gości i zażądała miejsca dla siebie, dla wszystkich zwyczajnych, przeciętnych obywateli. W kolejnych programach zaczeli więc pojawiać się taksówkarze i rzeźnicy, rolnicy, nauczyciele i pielęgniarki. Początkowo nadawane lokalnie w Filadelfii, "W to wierze" po paru miesiącach można było usłyszeć z 196 stacji w całym kraju. Twórcy programu pytali o życiowe credo, o to, co pozwala na odwagę przeżywania dnia kolejnego, co żywi nadzieją, co nie pozwala poddać sie; pytali o niekoniecznie religijne wyznanie wiary, o nasze, ludzkie osobiste intymne "w to właśnie wierzę".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsi sluchacze w 1951 uslyszeli:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"This I beleieve  - W to wierze". Pod tym tytułem przedstawiamy państwu osobiste filozofie mężczyzn i kobiet z różnych środowisk, z różnych ścieżek życia. W  krótkim czasie audycji bankier i rzeźnik, malarz i opiekun społeczny, słowem ludzie, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz  szczerości i prawdomówności, podzielą się  swoją opowieścią o zasadach, wedle których żyją, o rzeczach, które stanowią podstawową wartość w ich życiu.&lt;br /&gt;Nie trzeba nam przypominać, ze żyjemy w czasach niepewnych, wielu z nas zamieniła wiarę na cynizm i rozgoryczenie, czasami cieżką rozpacz lub nawet histeryczne rozdygotanie. Nic nie znaczące porady, opinie, osądy dostępne są wszędzie za bezcen, trudno natomiast o dobra podstawowe takie jak odwaga, hart ducha i wiara.&lt;br /&gt;Wysoko nad nami jak dochodzący z oddali grzmot i zarazem całkiem blisko, jak  wilgotna bliskość londynskiej mgły, zbierają się chmury strachu.&lt;br /&gt;Ten strach jest fizyczny, strach nakazujący  niektórym z nas opuścić dom, zakopać się w ziemi doliny Montany jak preriowy piesek i ucieć, choć na  chwilę od furii bomby atomowej, lub jakiejkolwiek innej piekielnej bomby.&lt;br /&gt;Jest także strach psychiczny, który sprawia, ze na podwórku i w domu sasiadów niektórzy z nas dostrzegają czarownice i wiedźmy, i w popłochu palą ten dom. Jest takze rozprzestrzeniający się  strach, wynikający z wątpliwości, dotyczących tego, czego nas nauczono, wiarygodności, tych wszystkich rzeczy, które uznawaliśmy za trwałe i nie podlegąjce zmianom. Trudniej niż kiedykolwiek w historii jest odróżnić biel od czerni, dobro od zła.(...)&lt;br /&gt;Powinniśmy jednak ostrzec cię przed czymś: This I believe nie przyniesie automatycznego rozwiązania wszystkich życiowych problemów, nie dostarczy odpowiedzi. Nie jesteśmy duchową lub psychologiczną apteczką pierwszej pomocy, z której cierpiący na ból głowy naszych czasów może wedle potrzeby wziąć i połknąć, jak aspirynę usuwająca problem, tabletkę madrości. (...)"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co wiecej! W 97 amerykanskich lokalnych gazetach publikowano eseje stanowiące podstawę radiowego programu. Czytelnicy mogli także wysłać do redakcji swoje wyznanie. Wkrótce program byl słyszalny także w innych krajach, wszedzie, gdzie docieral Głos Ameryki, rządowa stacja amerykanska i U.S. Armed Forces Network - rozgłośnia amerykańskiej armii. Program przetłumaczono na sześć jezyków. Od 1956 roku w Radiu Luxemburg mozna było usłyszeć półgodzinną europejską wersję programu. Na słynnej fali 208 metrów, program okreslano jako  "ludzki dramat wyznania wiary w czasach niepokojów i przeciwności".&lt;br /&gt;This I believe nie można było oficjalnie usłyszeć w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1952 roku wydano pierwszy zbiór stu esejów. Książka sprzedała się wyśmienicie, doganiając ilością sprzedanych egzemplarzy Biblię. Pozostawała na liście bestsellerow przez trzy lata. Columbia Records wypuściła dwie płyty z nagraniami radiowymi, które wkrótce sprzedawały się w milionach egzemplarzy.&lt;br /&gt;W kolejnych latach wydano jeszcze kilka zbiorów eseji, zawierających wyznania brytyjczykow, amerykanów i autorów z Bliskiego Wschodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coraz wiecej ludzi pisało swoje eseje. Okazalo sie, ze pytanie wywołało potrzebę odpowiedzi, puszczone w eter domagało sie głosu.  W ten sposób autorzy audycji zachęcili tysiące ludzi do spojrzenia w siebie, zadania sobie pytania - co jest dla mnie najważniejsze?&lt;br /&gt;A przy okazji całe przedsiewzięcie było wprawką pisarską... Dwie pieczenie na jednym ogniu: poszukiwania samego siebie, rozwijania samo-świadomości i ćwiczenie warsztatu pisarskiego, reporterskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Ward Wheelock, który przez wszystkie te lata zajmował się znjadowaniem sponsorów na transmisję programu niespodziewanie zmarł w wypadku w 1955 roku, program został z anteny zdjęty.&lt;br /&gt;Jak to czesto bywa w Ameryce wartości materialne wygrały.&lt;br /&gt;Jak to czesto w Ameryce bywa wartości duchowe powstały z popiołów prawie pięćdziesiąt lat później.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;This I believe&lt;/span&gt;  po  latach&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 2003 r. producent radiowy Dan Gediman lerząc chory w łóżku i umierając z nudów, z półki z książkami swojej żony wybrał zbiór This I believe. Od pierwszych niemal stron wiedział, że "to jest to", że chce powtórzyć ekseperyment z tworzenim cichej i spokojnej przestrzeni w rozgadanej i ciągle zmieniającej się rzeczywistości, przestrzeni, w której ludzie z zupelnie odmiennymi doświadczeniami życiowymi, mogliby podzielić się nimi z innymi, posłuchać innych, kto wie, może nawet coś zmienić w swoim życiu?&lt;br /&gt;W 2005 roku na falach Publicznego Radia (NPR) Dan Gediman i dziennikarz Jay Allison wskrzesili dialog pytającego i odpowiadających.&lt;br /&gt;Czasy znowu były niepewne, znów przesycone wojennym strachem (wojna w Iraku i Afganistanie), znów w obliczu niemal niewidocznego wroga, w obliczu finansowego kryzysu. Jak twierdzi Dan Gediman jego celem jest  przyczynienie się do rozwoju społeczeństwa poprzez "umożliwienie ludziom myślenia, wyrażania i dzielenia się z innymi swoimi wewnętrznymi głębokimi wierzeniami i przekonaniami."&lt;br /&gt;Autorzy nie tylko odtworzyli audycje, ale stworzyli stronę internetowa, &lt;a href="http://www.thisibelieve.org"&gt;www.thisibelieve.org&lt;/a&gt; , gdzie każdy, z najodleglejszego zakątka świata może opublikować swój artykuł, ale także za darmo posłuchać i przeczytać zwierzenia towarzyszy w istnieniu. Nowe "W to wierzę" to organizacja non-profit, utrzymująca stronę internetowa, wydająca książki (pierwszy zbior ukazal sie  w 2006, kolejny w 2008 roku), prowadząca wykłady dotyczące zasad pisania esejów, podpowiadająca jak napisać swój własny, jak znaleźć w sobie to, co najważniejsze, jak rozpocząć poszukiwania w mrocznej krainie samoświadomości, w głębi naszego serca. W amerykańskich szkołach w ramach lekcji literatury uczniowie nakłaniani są do napisania, a przedtem odnalezienia wewntąrz własnego credo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Napisz  swój  esej  -  podziel  się swoim  światem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książeczkę z esejemi dostałam z okazji Swiąt Bożego Narodzenia. Moja amerykańska teściowa, która dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze zdoła prześwietlić moją duszę, po prostu wiedziała, ze książka mi się spodoba. Ona i ja wkrótce siadłyśmy do napisania naszych wyznań. Przyznaję, nie bylo łatwo, nie moglam w 600 slowach złapać esencji, tego co naprawdę jest istotą i ziarnem mojego życia. &lt;a href="http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/01/this-i-believe-wwwthisibelieveorg.html"&gt;Pierwsze moje "W to wierzę"&lt;/a&gt; jest potwornie chaotyczne, ale postanowiłam wracać do zadania, potraktować je jak coroczne podsumowanie, zamiast noworocznych postanowień bedę noworocznie wyznawała wiarę w swoją drogę.&lt;br /&gt;Autorzy projektu podpowiadają, by w pisaniu własnego eseju kierować się prostymi zasadami - należy opowiadać własną historię i trzymać się rzeczywistości i doświadczenia, można opowiedzieć o tych momentach i przeżyciach, które pomogły nam uświadomić sobie co jest najważniejsze. Nalezy spróbować nazwać, to co stanowi meritum naszej osobistej filozofii. Radzą: opowiadaj o sobie, w pierwszej osobie, nie mów o tym z czym się nie zgadzasz i w co nie wierzysz, lub nie chcesz wierzyć, unikaj dogmatów, usłysz siebie.&lt;br /&gt;Proste, prawda?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-6127504265113357175?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/6127504265113357175/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=6127504265113357175' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/6127504265113357175'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/6127504265113357175'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/10/w-co-wierzysz-wyznania-i-osobiste.html' title='A w co wierzysz?  Wyznania  i  osobiste   filozofie zwyczajnych i niezwyczajnych ludzi. Jeszcze raz o pewnej audycji radiowej...'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5293141072389365602</id><published>2009-09-09T09:41:00.000-07:00</published><updated>2009-09-29T18:22:21.874-07:00</updated><title type='text'>S jak smutek, egzystencjalny dodajmy. Pozegnanie z Cioranem.</title><content type='html'>&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Radosc nie ma argumentow, smutek ma ich mnostwo. Skutkiem tego  wlasnie  jest tak okropny i tak trudno nam sie z niego wyleczyc"  ( Emil Cioran, Zeszyty 1957-1972)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sto lat temu, otworzylam serce swoje na depresyjne notatki Emila Ciorana i jak ten wspomniany w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Biegunach&lt;/span&gt; Olgi Tokarczuk czlek, kazdego dnia czytalam jeden z aforyzmow z rana, by nosic go jak sztandar, przepowiednie, wyznanie wiary, przez dzionek caly.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myslalam sobie, mloda studentka filozofi bedac: o rany, alez ta prawda ma wielkie oczy, nieogolona twarz i jakis wewnetrzny bol?, strach?, co dokladnie, pewna nie jestem.&lt;br /&gt;Kurs z egzystencjalizmu, do tego z filozofii starozytnej wchodzacej w sredniowiecze (specjalne uklony dla stoikow oraz przepieknie rozkwitajacej gnozy), wyklady z postmodernizmu i na to wszystko jeszcze filozofia fizyki ksztaltowaly wyznanie – czulam sie przygnieciona i zrozpaczona wszechobecnoscia rozkladu, przemijania, samotnosci, negacji, nieoznaczonosci i nicosci. Jako nowo-nawrocona nowicjuszka - wierzylam, calym swoim brakiem istoty, cala swa wewnetrzna nicoscia!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Czlowiek sadzi, ze zbliza sie do tego czy innego celu, zapominajac, ze w rzeczywistosci przybliza sie do celu wlasciwego, do rozkladu, bedacego celem wszystkich innych"&lt;/span&gt; (Emil Cioran, Wyznania i Anatemy)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cioran smutny i wiecznie niedospany, Schopenhauer kwasny, Siddharta Gautama – piewca wszechobecnosci cierpienia, wywolywal rozpaczliwa potrzebe ucieczki z samsary, znaczy sie z tego swiata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Jakze tu smiac sie, jakze sie radowac, skoro ten swiat ciagle plonie? Dlaczego wy, bladzicie slepo w ciemnosci, nie szukacie swiatla?"&lt;/span&gt; (Muttavali, Ksiega wypisow starobuddyjskich)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej strony jednakowoz, bedac lekkoduchem i kpiarzem sklonnym do zabawy i przedstawien, a jakze, z perspektywami nieodkrytymi, z nadzieja na swiat jak dlugi on i szeroki, tak sobie niewinnie myslalam: eee tam, poza to i geba tylko, taka intelektualna maska, bo niby bez kopniaka myslec sie nie da, bo cierpienie obecne byc musi w procesie tworzenia. Ale siedzialam cicho, bo jak powiadal mistrz:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Czlowiek dobrze sie majacy jest na plaszczyznie duchowej bez szans. Glebia to wylaczny przywilej tych, ktorzy cierpieli."&lt;/span&gt; (Emil Cioram, Rozmowy z Cioranem)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak wlasnie majac lat nascie i dwadziescia "kilkoro" stalam sie latwym lupem dla smutku. Wygral, zwyciezyl, pokonal mnie – bez walki. Uwiodl, zauroczyl, omotal – trzeba dodac. No ktozby nie chial choc raz w zyciu spojrzec w oczy metafizycznej glebi, choc przez moment prosto w slonce popatrzec, choc przez chwile posiedziec w Krolestwie Prawdy. Smutek, samotnosc, ba ropacz i desperacja, wraz z umiejetnoscia czytania i pisania, wyprowadzania prostych sylogizmow i zerojedynkowania zdan, mialy stac sie moimi narzedziami "do przezywania swiata". Do tego dochodzily, wrodzone chyba, zlosc i malkonenctwo, nabyta  mizantropia i zwiazane z nia tendencje eskapistyczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cioran na sniadanie, w niedogodnej porannej godzinie, a juz na szczycie rozpaczy  zwierzal sie lirycznie, smutno znaczy sie, a ja sluchalam: "&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chcialbym roztopic sie w jednej lzie, w ktorej uwiezlby promien slonca, a ja moglbym zaplakac u kresu swiatlosci"&lt;/span&gt; ( Emil Cioran, Swieci i lzy)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jako zapowiadajaca sie poetka, smutna byc musialam, a jako zapowiadajacy sie filozof smutek i samotnosc - objawy kontemplacji substancji/istoty/idei/pojecia/dogmatu etc., oblicze me mialy przykryc na zawsze juz. Tak se, glupia, myslalam:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;" Przedluzajaca sie zywiolowa radosc  jest blizej szalenstwa niz uporczywy smutek, ktory usprawiedliwia namysl czy nawet zwykla obserwacja, natomiast wykraczajaca poza zwyczajowe ramy radosc jest wynikiem jakiegos zaburzenia umyslowego. O ile bycie wesolym jest raczej niepokojace jesli wezmie sie pod uwage sam fakt istnienia, o tyle bycie smutnym to naturalny odruch kazdego, tego nawet, ktory jeszcze nie nauczyl sie gaworzyc."&lt;/span&gt;  (Emil Cioran, Wyznania i anatemy)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sadze, jestem pewna, ze kiedys wiedzialam, czym jest ten smutek. Sadze, ze bylam calkiem zaprzyjazniona z pojeciami ciezkimi od zawartej w nich goryczy i grozy. Nie potrafiac gaworzyc w moim obecnym jezyku, kurczowo czepialam sie slow znanych, lirycznie prostych i przewidywalnych, jak na przyklad: nieredukowalna samotnosc jednostki, nieredukowalna ambiwalencja sytemow wartosci, dekonstrukcja uniwerasalnych zasad, niezrozumienie, nieprzekladalnosc jezykow etc. Alfabet moj az puslowal od gniewu i samotnosci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siegnelam sobie po Ciorana znowu, po latach.&lt;br /&gt;Jade ci ja metrem z Brooklynu w strone pietrzacego sie Manhattanu, wyizolowana w sposob klasyczny, jak potrzeba, od tlumu, no bo  i nie stad, i nie tak, i niby wszystko inaczej; jade ci ja ze wszelkim brakiem perspektyw, z trudnosciami zywota doczesnego jade,  i mimo to, a moze wlasnie dlatego, Cioran zaczyna mnie bawic. Smieje sie na glos. Nawet cienia smutku Cioran nie wywoluje! Nic! Smiech i glupkowata radosc.&lt;br /&gt;No coz, kariere jako filozof i poetka najwyrazniej uznac musze za skonczona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;  "Prawdziwa spowiedz mozna napisac tylko lzami"&lt;/span&gt; - powiada Cioran. Ale kto chce sluchac/czytac spowiedzi? Spowiedzi bywaja potwornie nudne...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5293141072389365602?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5293141072389365602/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5293141072389365602' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5293141072389365602'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5293141072389365602'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/09/s-jak-smutek-egzystencjalny-dodajmy.html' title='S jak smutek, egzystencjalny dodajmy. Pozegnanie z Cioranem.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2402364702091739196</id><published>2009-08-15T09:42:00.001-07:00</published><updated>2009-08-19T18:34:58.203-07:00</updated><title type='text'>Rownanie na Prawde.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Soblh088O4I/AAAAAAAAAy4/5_QA0fcgk2o/s1600-h/substraction.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 320px; height: 122px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Soblh088O4I/AAAAAAAAAy4/5_QA0fcgk2o/s320/substraction.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5370231974998588290" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W typowym supermarkecie z "mydlem i powidlem" obok reklamowych broszurek oznajmiajacych obnizki cen na karkowke i 100% sok pomaranczowy znalazlam cienka ksiazeczke, a w niej paradoksalne "rownanie" na Prawde, ba na Prawdziwy Wszechswiat!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"The universe minus the false self minus the false universe equals the emptiness equals the true universe"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajduje sie tam tez "wytlumaczenie":&lt;br /&gt;"Substraction is the only way to become true; and the only place I can be made true is true."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Majsterszyk pustoslowia! Prawda sprzedawana w amerykanskim supermarkecie!&lt;br /&gt;A niech tam – odejmuje wiec siebie (nieprawdziwa) od swiata, swiat (nieprawdziwy) od swiata i zostaje mi, a jakze, jedyne prawdziwe Nic. Pustka. Prawda.&lt;br /&gt;Ach jakiez pocieszenie...Juz czuje sie lepiej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2402364702091739196?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2402364702091739196/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2402364702091739196' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2402364702091739196'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2402364702091739196'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/08/rownanie-na-prawde.html' title='Rownanie na Prawde.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Soblh088O4I/AAAAAAAAAy4/5_QA0fcgk2o/s72-c/substraction.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2271778885944665188</id><published>2009-08-04T17:27:00.000-07:00</published><updated>2009-09-02T10:02:30.263-07:00</updated><title type='text'>Tropem swiatla. Latarnie morskie w Maine.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SnjTdeCxaOI/AAAAAAAAAx0/fAKCMfXYPQk/s1600-h/DSC05301.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 460px; height: 283px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SnjTdeCxaOI/AAAAAAAAAx0/fAKCMfXYPQk/s320/DSC05301.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366271459246303458" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jestem smakoszem homara ni krewetek, i nie dlatego Portland czy York (Maine) wabia i uwodza. Tym razem droga do serca wiedzie przez oko i ucho – kuszaca architektura latarni morskich w polaczeniu z szaroscia skal na wybrzezu i szum oceanu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Szlak "tropem latarni morskich w Maine", nasze fotograficzne lowy, rozpoczelismy w miejscowosci York. Dokladnie w York Village, bo Yorki sa az trzy, tuz kolo siebie: Village, Harbor i Beach. A kazdy inny. W  York Village zjedlismy sniadanie – zwyczajny bagel z kawa. Dziesiecioletni chlopiec przy stoliku obok wyrazil to, co podpowiadaly moje kubki smakowe. “To najlepszy bagel jakiego w zyciu jadlem” – powiedzial. York Village oferuje plazowanie na malej, raczej bagnistej niz piaszczystej plazy i spacer po kamienistym wybrzezu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;York Beach ciagnie sie wzdluz drogi - male biale domki "z paneli", mnostwo drutow zwisajacych nad droga, drewniane slupy, budki z homarem, budki z hot-dogiem, stoiska z lodami i lemoniada, wrazenie "taniosci" i tymczasowosci. Long Sands Beach jest blotnym rajem dla tych, ktorzy chyba nie mieszcza sie w liczbowych granicach "klasy sredniej" – albo tylko sprawiaja takie wrazenie ze swoimi kolorowymi parasolami w stylu hawajsko-nijakim. Zapach oleju po frytkach i rybach, zgnily zapach wody. Ale zaraz za rogiem, tuz za zakretem, zgodnie z niepodwazalna amerykanska regula wszechobecnosci kontrastu, wylania sie Cape Neddick i pierwsza latarnia morska  zwana Nubble Light. Czujemy sie jak zdobywcy – szalejemy z radosci, wdrapujemy sie na skaly, probujemy dotknac morskich balwanow stojac tuz-tuz, na krawedzi. Widzimy ja, ale nie mozemy dotknac, nie mozemy sie do niej zblizyc. Zamieramy.&lt;br /&gt;Bo jest cos spektakularnego w latarniach morskich, w smuklych konstrukcjach na granicach swiatow: ladu i morza, ludzi i natury. Wystawiona na mrozny wiatr, na kawalku skaly, na malej wysepce oddalonej okolo 180 metrow od ladu wysyla swiatlo, wiadomosc o istnieniu swiata, do zblakanych zeglarzy, do morskich duchow, do pana Boga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktos nam powiedzial, ze w czasie odplywu mozna tam nawet dojsc, czasami. Patrzymy na sklebione fale uderzajace dramatycznie o brzegi, konkurujace z glosnym zawodzeniem mew. Nie wierzymy - kolektywnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nubble Light zbudowano w 1879 roku. Od tamtej pory jest w uzyciu, w swieceniu. Soczewka uzyta w latarni powstala w Paryzu w 1891.&lt;br /&gt;Latarnia ma zaledwie 12 i pol metra wysokosci. Drugie tyle dodaja skaly. Efekt - widzialne z 20 kilemetrow czerwone blyski.&lt;br /&gt;Kolory uzyte do  namalowania tego obrazka: bialy, czerwony, zielony i niebiesko-szary. Czyste, wyrazne  barwy. Kiedy w 1977 NASA w Voyagerze numer dwa wysylala wiadomosc do innych cywilizacji o tym cosmy my, ziemianie, stworzyli, wsrod roznych obrazkow i fotografii wyslano takze ta z Nubble Light...&lt;br /&gt;Od 1807 wielu marynarzy mowilo o potrzebie wybudowania latarni. Zwlaszcza po tym jak tuz obok o skaly Bald Head Cliff  rozbila sie Isidore. Ach Isidore, Isidore, Isidore - statek widmo, zaloga duchow krazy wokol skal i dzis, wabiona jak cma swiatlem ludzi, swiatlem latarni.&lt;br /&gt;W koncu projekt zatwierdzono i za sume 15 tysiecy dolarow wybudowano ceglasto zelazna konstrukcja wysylajaca czerwone swiatlo.&lt;br /&gt;Od poczatku na wysepce, w malym bialym domku zyje latarnik – podtrzymujacy ”ogien”. Dzis zastapiony elektrycznoscia, jakims na-ladowym przyciskiem komputerem, ktory na-ladowy nie- latarnik naciska na-ladowym kciukiem... A moze nie, moze wciaz na Nubble zyje prawdziwy latarnik. Swiadczylby o tym koszyk zawieszony pomiedzy ladem i wyspa – tak jakby kazdego dnia wysylano tam mleko i papierosy dla odludka.&lt;br /&gt;Wyobrazam sobie, ze wysepka z latarnia musiala stanowic prawdziwa arkadyjska kraine dla dzieci, ktore dostapily godnosci dojrzewania w swietle. Synowie Davida Winchestera codziennie ladowali w koszyku i nadmorska kolejka przenoszeni byli na lad, do szkoly. Ktos sfotografowal dzieci w koszyku, ktos uwiecznil to na obrazku, ktory zdobyl nagrode w lokalnym konkursie artystycznym, ktoras gazeta zdjecie i obraz opublikowala i w koncu stanowczo zabroniono procederu “posiadania” dzieci  - na wyspie... Ale koty byly dozwolone. Slynny stal sie 9 kilogramowy kocur codziennie przeplywajacy kanal dzielacy lad i wyspe w poszukiwaniu  liczniejszego towarzystwa.&lt;br /&gt;Chcialabym uslyszec historie latarnikow, samotnicze iluzje i opowiesci uslyszane w szalejacym zima wietrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chcemy wiecej, wiecej tych czarow! Jedziemy do Portland by podziwiac Portland Head Light, latarnie z poematu napisanego przez  Henry Wadsworth Longfellow:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;" The rocky ledge runs far out into the sea&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SnjSwoXeu6I/AAAAAAAAAxs/tbLi0jycVr4/s1600-h/DSC05332.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 387px; height: 290px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SnjSwoXeu6I/AAAAAAAAAxs/tbLi0jycVr4/s320/DSC05332.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366270688923401122" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;And on its outer point, some miles away,&lt;br /&gt;The lighthouse lifts its massive masonry,&lt;br /&gt;A pillar of fire by night, of cloud by day.&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;A new Prometheus, chained upon the rock,&lt;br /&gt;Still grasping in his hand the fire of love,&lt;br /&gt;it does not hear the cry, nor heed the shock,&lt;br /&gt;but hails the mariner with words of love.(...)"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiadaja ze latarnia symbolizuje caly stan Maine: skaliste wybrzeze, rozbijajace sie o kamienie fale  i czyste, nasycone sola powietrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Latarnia znajduje sie w bylym wojskowym forcie Williams (zielonosc w pagorkach, dzieci puszczajace latawca) i stoi na skraju, na rabku ostro poszarpanych glazow, niedaleko "furtki" do starego portu w Portland. Budowe rozpoczeto w 1787, zatwierdzil ja sam George Washington. Potrwala cztery lata. Powstala kamienno – murowana konstrukcja, ktorej wysokosc przez lata zmienna byla – gdy w czasie wojennych zawieruch waga swiatelka bezpiecznie prowadzacego do celu byla doceniana, wieze podwyzszano, w czasach pokoju, i rozwoju cywilizacji nadmorskiej, odejmowano jej metry. Dzisiaj Portland Head Light wznosi sie na wysokosc 24,5 metra, a jej swiatlo widziane jest 26 km od brzegu.&lt;br /&gt;Latarnia i przylatarniowy domek nalezalo czesto przebudowywac i  odswiezac, bo wiatr, woda i roczny zapas oleju do lampy skladowany przez latarnika, a takze gromady szczurow okupujacych wieze (od razu mysle o Popielu)– nie pomagaly utrzymywac miejsca w dobrym stanie. Poczatkowo wydane 1500 dolarow mnozylo swoje zera. No coz, swiatlo jest drogie...&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Przez 59 lat  latarnia byla familijna – swiatla strzegl maz, zona a pozniej syn. Joshua, Mary i Joseph Strout zakochali sie w widoku z okna. Roczna pensja latarnika w 1869 wynosila 620 dolarow...&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SnjUFTw0KWI/AAAAAAAAAyE/zwtB0f0mH5c/s1600-h/P1040597.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 472px; height: 373px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SnjUFTw0KWI/AAAAAAAAAyE/zwtB0f0mH5c/s320/P1040597.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366272143681399138" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Joseph Strout, syn latarniczej pary mial powiedziec (w Lewiston Journal, lokalnej gazecie):"Moj ojciec byl latarnikiem, ja jestem laternikiem. Cala rodzina ma ta latarnie we krwi. Moj ojciec Joshua Freeman Strout dostal swoje imie po kapitanie Joshua Freemanie. On tez byl laternikiem, a moja babcia jako szesnastoletnia dziewczyna pracowala u kapitana. (...) Freeman zwykl trzymac w poblizu fotela, na ktorym przesiadywal zwoje lin – na wypadek gdyby jakis statek rozbil sie i trzeba bylo niesc pomoc".&lt;br /&gt;Z latarnikiem Josephem mieszkala papuga – Billy. Uwielbiala muzyke i gdy tylko zblizal sie sztorm, chmury zaslanialy swiatlo latarni, zachecala Joe do "trabienia" (latarnia miala  w alternatywnie do zaoferowania sygnaly dzwiekowe – najpierw wielki dzwon, ktory kiedys, spadajac,  nieomal zabial Joshua, pozniej syrene dzwiekowa).&lt;br /&gt;Zycie w Portland Head Light podobno nie bylo typowo latarniczo-pustelnicze. Wiele ludzi odwiedzalo i odwiedza to miejsce. Podobno, w 1950 roku, pewna dama wkroczyla do absolutnie prywatnej kuchni latarnika i zasiadwszy za stolem oczekiwala na przybycie kelnera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od 1989 w domku przy latarni nie mieszka juz zaden straznik ognia – latarnia zapala sie sama.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2271778885944665188?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2271778885944665188/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2271778885944665188' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2271778885944665188'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2271778885944665188'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/08/tropem-swiatla-latarnie-morskie-w-maine.html' title='Tropem swiatla. Latarnie morskie w Maine.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SnjTdeCxaOI/AAAAAAAAAx0/fAKCMfXYPQk/s72-c/DSC05301.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3083281650315089689</id><published>2009-06-30T08:52:00.000-07:00</published><updated>2009-07-01T09:12:08.768-07:00</updated><title type='text'>R jak radosc</title><content type='html'>W czasach niepewnosci i niestabilnosci trudno zachowac spokoj, przytomnosc wobec zasad, w ktore sie wierzy. Jakze trudno wtedy budzic sie z usmiechem zadowolenia, z akceptacja wobec tego, co "mi sie" przydaza. W czasach zametu trudno byc wiernym przykazaniu: nie bedziesz wpadal w spazmy i rozgoraczkowanie, gdy na zewnatrz twego domu szaleje burza.&lt;br /&gt;W czasach zarazy szuka sie lekarstwa, dzwoni do lekarzy, wpada sie w panike, wyciaga reke do przyjaciol, pisze testament, czasami nawet planuje sie pogrzeb, bo przeciez nie sposob uciec chorobie... Jakze trudno wtedy uwierzyc, ze jest sie bezpiecznym dopoki, dopoty agregat wewnetrzy wytwarza radosc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przepis na radosc jest prosty, wystarczy zmieszac swiadomosc ze wspolczuciem. Tyle. Wszystko dostepne 24 godziny na dobe, siedem dni w tygodniu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze drogo? Ze niewygodne w uzyciu? Prawda to – czasami  ingredienty kosztowac moga fortune! Samoswiadomosc, przytomnosc i opanowanie wobec wlasnych slow, mysli i czynow w momencie interakcji z "durniem" – czlowiekiem, organizacja, zasada? Wspolczucie wobec kogos, kto posolil nasza otwarta rane?  Swiadomosc nietrwalosci wszystkiego, w momencie wydawania ostatnich pieniedzy na niedzielny obiad dla rodziny? Spokoj gdy zdrada, gdy zadza pluska sie w morzu naszych uczuc? Wspolczucie dla autora "Naszej Gehenny", dzielka opaslego w niewygodne zdarzenia?&lt;br /&gt;No dobrze, czasami faktycznie trudno przyrzadzic koktajl radosci, zwlaszcza w warunkach polowych, bez miksera czy shekera. No dobrze, czasami rozpacz, lub jakas jej podrobka kosztuje o wiele mniej i latwiej ja dostac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Radosc jednakowoz jest racjonalnym wyborem konsumenckim! O tak, wbrew pozornie wysokim kosztom oplaca sie budzic codziennie z usmiechem niepowagi, warto reagowac lekkoscia zrozumienia na sytuacje stresujace, warto w zmaganiach ze Strasznie Okrutnym Swiatem miec w pogotowiu malutka flaszeczke z odrobina radosci...z istnienia, z tu i teraz.&lt;br /&gt;Konsumet "powinien" zachowywac sie  racjonalnie, wybierajac sposrod alternatyw to,  czego zakup (koszt) przyniesie jak najwieksza korzysc. Stosunek kosztu do korzysci ma przechylac sie zawsze na strone korzysci. Teoretycznie.&lt;br /&gt;Przy podejmowanej jutro rano decyzji, (o tak, taka decyzja podejmuje sie codziennie, wielokrotnie) radosc czy zmartwienie, kreacja czy entropia, swiadomosc czy niewiedza, warto wybrac to, co moze czasami troszke drozsze, moze nawet, hm, luksusowe, ale bedzie niezle sluzylo przez nastepne tysiaclecia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami zapominam, ze kiedys wydalam wszystkie oszczednosci na ten specyfik i wlasciwie mam do niego staly dostep. Czasami zapominam zazyc popoludniowej dawki i wiedne od nadmiaru toksycznych zmartwien. Cale szczescie mam lustro i ilekroc w nie spojrze, pytajac sie samej siebie: no jak tam?, widze rozesmiana twarz, czasami przez lzy, czasami jeszcze z rozplomienionym od gniewu policzkami.&lt;br /&gt;Moje lustro to medytacja, "nic nie robienie", albo robienie nic w okreslonym miejscu i okreslonym czasie, zwane czasami "byciem sobie". Medytacja zdecydowanie jest najprostszym znanym mi sposobem na zmiksowanie swiadomosci i wspolczucia, na uzyskanie mikstury zwanej radoscia.&lt;br /&gt;Mozna sie nawet w takiej medytacji wiercic, wcale nie trzeba nic nie myslec – to wszystko mity sprzedawane przez konkurencje!&lt;br /&gt;Jesli kupowac radosc to tylko najlepszej jakosci, oryginalna radosc istnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gate Gate Para Gate Parasamgate Bodhi Svaha!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3083281650315089689?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3083281650315089689/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3083281650315089689' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3083281650315089689'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3083281650315089689'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/06/r-jak-radosc.html' title='R jak radosc'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2534136206036680832</id><published>2009-06-23T07:54:00.000-07:00</published><updated>2009-06-23T08:11:54.882-07:00</updated><title type='text'>New Hampshire</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SkDvtCVkgnI/AAAAAAAAApE/Tu9Ssp8EMv0/s1600-h/DSCN3031.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 383px; height: 272px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SkDvtCVkgnI/AAAAAAAAApE/Tu9Ssp8EMv0/s320/DSCN3031.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5350539914316644978" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SkDvWh5XzzI/AAAAAAAAAo8/636lCydrtdU/s1600-h/P1040098.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 380px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SkDvWh5XzzI/AAAAAAAAAo8/636lCydrtdU/s320/P1040098.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5350539527651315506" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SkDvInZfFaI/AAAAAAAAAo0/7bFBAK_LJRk/s1600-h/P1040096.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 373px; height: 256px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SkDvInZfFaI/AAAAAAAAAo0/7bFBAK_LJRk/s320/P1040096.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5350539288610018722" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Live free or die - motto stanu New Hampshire jakos  atakuje swoja radykalnoscia. Nie wiem czy lubie te "goralska" nachalnosc... Uwielbiam w New Hampshire przestrzen.&lt;br /&gt;Co tydzien staram sie choc przez chwile posiedziec na szczycie jakiejs gorki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2534136206036680832?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2534136206036680832/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2534136206036680832' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2534136206036680832'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2534136206036680832'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/06/new-hampshire.html' title='New Hampshire'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SkDvtCVkgnI/AAAAAAAAApE/Tu9Ssp8EMv0/s72-c/DSCN3031.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-4734449166903655477</id><published>2009-06-10T19:11:00.000-07:00</published><updated>2010-01-29T07:45:58.399-08:00</updated><title type='text'>Radosc nieposiadania</title><content type='html'>Przeczytalam  i na szybko przetlumaczylam , bo wzruszajace, naiwne, dla mnie prawdziwe...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://happydays.blogs.nytimes.com/2009/06/07/the-joy-of-less/?em" class="url fn" title="See all posts by Pico Iyer"&gt;Joy of Less, by  Pico Iyer&lt;/a&gt;&lt;a href="http://happydays.blogs.nytimes.com/2009/06/07/the-joy-of-less/?em"&gt; , New York Times&lt;/a&gt;, June 7, 2009&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Rytm mojego serca stal sie glebszy, zywszy, ale i  za razem przepelniony jakims spokojem, tak jakbym przez caly ten czas przechowywala jakies wewnetrzne bogactwo. Moje zycie jest sekwencja wewnetrznych cudow".  Te slowa napisala mloda holenderka Etty Hillesum w przejsciowym obozie nazistowskim w 1943 roku, na dwa miesiace przed smiercia w Oswiecimiu.&lt;br /&gt;Ralph Waldo Emerson, doswiadczywszy w wieku lat 7 smierci ojca, w wieku dwudziestu lat utraciwszy zone i pierworodnego syna, pod koniec swego zycia pelen wiary pisal: "Wszystko co widzilem uczy mnie ufac  tworcy w zakresie rzeczy, ktorych nigdy nie ogladalem".&lt;br /&gt;Zycie Issy -japonskiego poety z konca XVIII wieku, znanego ze slow przepelnionych niemal dzieciecym euforycznym  zachwytem nad swiatem, "bogate" bylo w nieszczescia – czworka  dzieci umarla w wieku niemowlecym, zona odeszla z tego swiata przy kolejnym  porodzie, jego cialo w czesci zostalo sparalizowane.&lt;br /&gt;Majac 29 lat pewnie nie znalem  tych wszystkich szczegolow z zycia powyzszych bohaterow, ale wlasnie wtedy zaczelem sie domyslec, ze szczescie w bardzo malym zakresie zalezy od zewnetrznych okolicznosci, a w wiekszej mierze od naszych wlasnych wysilkow. "W rzeczy samej nic nie jest dobre ani zle samo przez sie. Tylko mysl nasza czyni to i owo takimi" - przypominaly mi sie slowa Hamleta.&lt;br /&gt;Mialem szczescie, zylem zyciem, o ktorym jako chlopiec moglem tylko pomarzyc: pisanie o wydarzeniach swiatowych do magazynu Time, mieszkanie na Park Avenue, wystarczajaco duzo pieniedzy i czasu, by wakacje spedzac w Birmie, w Maroko, w Salwadorze. Kiedy jednak zdarzalo mi sie przebywac w tych rejonach swiata, zmagajacych sie z roznorakimi problemami, czesto zanurzonych w jakims militarnym konflikcie,  wydawalo mi sie, ze ludzie stamtad sa pelni optymizmu i energii, w porownaniu do moich przyjaciol ze spokojnego Santa Barbara, codziennie odwiedzajacych swojego terapeute, w czwartym z kolei zwiazku malzenskim... Chociaz wiedzialem, ze przepustka do szczescia nie jest ubostwo, bylem rowniez  przekonany, ze na pewno nie mozna go kupic za pieniadze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego tez, w malo oryginalnym, post-hippisowskim akcie – opuscilem swoja wygodna posadke, aby przez rok zyc w swiatyni  na przedmiesciach Kyoto. W swoim szlachetnym zamiarze wytrwalem tydzien. W tym krotkim czasie zorientowalem sie, ze oczekiwane przeze mnie niezmierzone glebie odkrywane w kontemplacji ksiezyca lub komponowaniu haiku, sprowadzaja sie w zyciu swiatyni do sprzatania, zamiatania i znowu sprzatania. Dzisiaj, po ponad 21 latach wciaz zyje w poblizu Kyoto, w dwupokojowym,  i w porownaniu do mnisiej celi, luksusowym mieszkaniu.  Nie mam roweru, samochodu, telewizji, ktorej programy moglbym zrozumiec, zadnych innych srodkow przekazu. Dni ciagna sie w nieskonczonosc. A jednak nic mi nie brakuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jestem buddyjskim mnichem, nie sprawia mi jakiejs szczegolnej przyjemnosci wyrzekanie sie siebie, podrozowanie przez godzine lub dluzej by wydrukowac tekst, ktory wlasnie napisalem. Nie jestem szczegolnie zadowolony z faktu, ze wlasnie ominely mnie finaly ligi NBA.&lt;br /&gt;Ale, w pewnym momencie, doszedlem  do wniosku, ze przynajmniej dla mnie, szczescie  nie wyrastalo z rzeczy, ktorych pragnalem lub potrzebowalem, ani z moich dokonan. I naprawde wartalo zastanowic sie gruntowanie, co tak naprawde prowadzi do spokoju umyslu – najblizszej dla mnie, jak dotad, definicji szczescia. Nie posiadanie samochodu to brak klopotu, o ktorym trzeba byloby codziennie myslec i moze nawet martwic sie, to  codzienna przygoda spaceru po okolicy. Nieposiadanie telefonu komorkowego i szybkiego lacza internetowego  wynagradza mnie czasem  na gre w ping-ponga, zakupy dla ukochanej i pisanie dlugich listow do starych przyjaciol ( albo na poszukiwanie starych zabawek dzieci, ktore teraz dorosly i wyfrunely z gniazda).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy raz w tygodniu dzwoni telefon jestem tak podekscytowany, jakbym nigdy nie pracowal w gesto zaludnionym biurze w Rockefeller Center. Kiedy raz na trzy miesiace  odwiedzam Stany Zjednoczone i rzucam sie na gazete, okazuje sie, ze wcale nie ominelo mnie tak wiele.&lt;br /&gt;Podczas gdy ja po raz kolejny czytam Wodehouse'a albo  Thoreau"a "Walden,   czyli zycie   w lesie"  dwudziestocztero-godzinna karuzela naplywajacych ciagle wiadomosci wciaga ludzi, by pod koniec dnia zostawic ich dokladnie w tym samym miejscu, w ktorym ich zastala.  W "Portrecie damy" Henrego James'a Ralp Touchett mowi: " Czlowieka, ktory zaspakaja wymagania swojej wlasnej wyobrazni nazywam szczesliwym". Dla mnie zycie  w czasie przyszlym nigdy nie bylo szczesciem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pewnoscia nie polecalbym wszystkim  swojego modelu zycia, nie polecalalbym go wiekszosci ludzi i naprawde wspolczuje tym, ktorzy ostatnio doswiadczyli przeklenstwa  ograniczenia potrzeb, niedostatku, ktorego nigdy nie poszukliwali i nigdy nie pragneli.&lt;br /&gt;Ale po prostu wydaje mi sie, ze zewnetrzne dobra i osiagniecia nie moga naprawde uczynic nas wewnetrznie szczesliwymi. Milionerzy, ktorych znam, pragna zostac multimilionerami i spedzaja wiecej czasu z prawnikami i bankierami, niz z przyjaciolmi (Czy w ogole maja prawdziwych przyjaciol?). Sam pamietam, ze w czasach mojej pracy korporacyjnej, wiedzialem, ze zawsze mam przed soba nastepna, wyzsza pozycje do zdobycia, mozliwosc awansu. Jak w paradoksie Zenona, moglem byc pewien, ze nigdy nie osiagne mety, zawsze pozostanie nienasycenie, niespelnienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie posiadanie stalego etatu niewatpliwie jest bardziej ryzykowne, zwlaszcza dzisiaj, zwlaszcza gdy jako narzedzie zarobkowania wybralo sie slowa, ktore staja sie coraz czesciej tylko dodatkami do obrazow. Jak wiekszosc moich znajomych w ciagu ostatnich kilku miesiecy stracilem niemal calosc zgromadzonych oszczednosci. Moja garderoba zostala znacznie uproszczona za sprawa pozaru, ktory przed paroma laty spalil doszczetnie dom w Santa Barbara, zostawiajac mnie ze szczoteczka do zebow zakupiona w nocy w sklepie calodobowym. Dzisiaj moje dwupokojowe mieszkanie w japonskim "szczerym polu" jest nawet bardziej puste niz  szczatki domu, ktory sie spalil. Mam za to czas, na czytanie John le Carre, wylegujac sie na sloncu i zagryzajac slodkie mandarynki. Kiedy na rynku pojawia sie nowy album Sigur Ros muzyka rozswietla moje dnie i noce. I wyglada na to, ze szczescie, jak spokoj i pasja przychodza naturalnie, kiedy sie ich nie poszukuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesli jestes osoba, ktora przedklada wolnosc nad bezpieczenstwo, ktorej calkiem wygodnie w malym pokoju, ktorej pragnienia nie wykraczaja ponad zwykle potrzeby, to moze bieganie w miejscu i krecenie sie w kolko nie jest dla ciebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Nowym Yorku jakas czesc mnie zawsze byla "gdzies indziej", czesc mnie wyrywala sie, aby sprawdzic, jak tez  moze wygladac zycie w Japoni. Teraz, kiedy tu jestem wcale nie wracam do Rockefeller Center czy na Park Avenue.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-4734449166903655477?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/4734449166903655477/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=4734449166903655477' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4734449166903655477'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4734449166903655477'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/06/radosc-nieposiadania.html' title='Radosc nieposiadania'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5264290163349719118</id><published>2009-06-09T17:31:00.000-07:00</published><updated>2009-08-12T09:36:15.214-07:00</updated><title type='text'>Sandomierz - najsoczystsze miasto swiata</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Si8AsR4dL0I/AAAAAAAAAok/Vvk4Yu28hnc/s1600-h/P1020727.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Si8AsR4dL0I/AAAAAAAAAok/Vvk4Yu28hnc/s320/P1020727.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345492043426508610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tesknie ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno na zajeciach z literatury czytalismy wiersze imigrantow. W heterogenicznym tlumie kobiet i mezczyzn z najodleglejszych zakatkow swiata zostalam zapytana o moja ojczyzne. Bez zastanowienia odpowiedzialam: Sandomierz. Wszyscy popatrzyli na mnie lekko zdumieni:  gdzie jest panstwo o nazwie – Sandomierz? Usmiechnelam sie. “Sandomierz nie jest panstwem, to male miasteczko, a dla mnie cala kraina”.&lt;br /&gt;Sandomierz jest jak drzewo, zywy organizm wrosniety w polskosc. Jest jak zabytek przyrody – lekko juz sfatygowany, lata mlodosci majacy za soba, obrosniety mchem, tu i owdzie mozna znalezc slady walki z grzybem lub innym szkodnikiem. Czas pozostawil swoje pieczecie. Ciagle jednak mozna schronic sie w jego cieniu, zapominajac o calym swiecie, zastygajac w martwej popoludniowej godzinie, w bezczasowej prozni wytwarzanej tylko w tym miejscu swiata.&lt;br /&gt;Sandomierz ma swoje korzenie. Pachna starymi murami, wilgocia, kurzem, ziemia. To caly podziemny swiat tego miasteczka. To labirynty piwnic, podziemne szlaki przeszlosci, w ktorych kupcy przechowywali swoje dobra – wina, miesa, owoce okolicznych pol i sadow, takze to co przyniosla rzeka, karmiaca Sandomierz swoimi wodami. Zawsze kiedy jestem w moim miasteczku z kims z zewnatrz, prowadze go do podziemi i opowiadam ta straszliwa historie o dziewczynie co to zdecydowala sie na smierc by ocalic miasto, zawsze opowiadam o Halinie Krepiance. Nie wiem ile jest w Polsce mitow, ktore to wlasnie kobiete obsadzaja w roli  glownej.&lt;br /&gt;   Jako drzewo stare i historyczne Sandomierz przeszedl wiele oblezen, widzial krew&lt;br /&gt;i kurz bitew. Probowano go zniszczyc, wykorzenic, podciac, porabac na kawalki. Jego korzenie to  ziemia, w ktorej mozna znalezc kosci wrogow i mieszkancow, kawalki broni, a takze dukaty, srebniki i grosze, dla ktorych te wszystkie walki sie toczyly. Zanurzajac sie w zarosla na Pimpolimpo, kiedy bylam stworkiem niewiele wyzszym od stolu, z lopatka i dziecinnym wiaderkiem, kopalam marzac o karierze archeologa w mojej sandomierskiej ziemi, odkrywajac historie. Kazda wyprawa byla lekcja pogladowa i kiedy wracalam do domu rzucalam sie na ksiazki, prosilam rodzicow zeby opowiedzieli mi jeszcze raz historie o wole co to rogami wyryl napis Salve Regina, o drzewach co to swieta reka posadzila, aby korzenie nieba siegaly.&lt;br /&gt;Historie czynily  z mojego miasteczka ekspolarycyjny raj pelny tajemnic i zagadek. Kopiec Salve Regina, Piszczela, liczne wawozy, niedalekie Pieprzowki – coz moze byc lepszego dla dojrzewajacej wyobrazni. Dziekuje Najwyzszemu za dziecinstwo spedzone pod korona tego drzewa, dziekuje za sandomierska wyobraznie.&lt;br /&gt;A potem masz pien – Stare Miasto. Kamieniczki ciagnace sie w zawijasach i zakretach pod gore i na dol, krzywy Ratusz, Brama Opatowska jako dowod tysiaca przezytych lat, stojaca w tym samym miejscu, koscioly i ich wieze, wieze i ich koscioly. Pien Sandomierza jest wyjatkowy, czyni miasteczko niepowtarzalnym. Zawsze kiedy zblizalam sie do niewielkiego wzgorza i znad rzeki widzialam Collegium Gostomianum, Katedre, Dom Dlugosza i palete malutkich domkow, lzy spadaly na miasto z moich oczow i pojawiala sie pewnosc – tak , to najpiekniejsze, najmniejsze miejsce na swiecie.&lt;br /&gt;Pien ma tyle lat co miasto, troszke sie zmienil, troszke przebudowal, dumnie eksponuje swoja starosc. Nie mozna go minac bez uczuc, nie mozna nie pokochac cienistych, brukowanych uliczek, nie mozna nie dostrzec harmonii wzgorza katedralnego, nie mozna nie poczuc zapachu wiekow w okolicach kosciola sw. Jakuba.  Pien Sandomierza, jego oficjalny wyglad, turystyczne oblicze wydaje sie byc swiadomy swojego uroku. Uwodzi fotograficznym pieknem. Dla mnie  Stare Miasto to spacer z rodzicami, to godziny spedzone w bliskosci katedry, to czas, kiedy uczylam sie swiata. Stare Miasto nauczylo mnie opowiadac  i sluchac historii, nauczylo mnie patrzec i widziec.&lt;br /&gt;A jesli zna sie kazdy skrot, a jesli zna sie kazdy plot i krzak – o radosci odkrywcy, podroznika, wedrowca!&lt;br /&gt;Korona tego miasta sa drzewa. Sandomierz jest zanurzony w zielonosci. Okoliczne sady i ogrody, park, Piszczela, Pieprzowki, wawozy tworza peleryne izolujaca to miejsce od reszty swiata. Dla mnie ta zielonosc to nie tylko arkadia dziecinnych wypraw w cienistosc popoludni i w tajemniczosc historii ale takze slodycz moreli. Nie wiem dlaczego morela z Sandomierza jest wyjatkowa, nie wiem dlaczego jej smak jest istota  wszelkiej morelowosci…Sandomierz dla mnie ma kolor morelowy.&lt;br /&gt;W plataninie drzew, w slodkiej zawiesinie owocowych zapachow, gdzies, wewnatrz kwitnienia mieszkaja ludzie – owoce.&lt;br /&gt;Jestem szczesliwym owocem tego drzewa. Jestem z Sandomierza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sandomierzanin nr 8/2008&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5264290163349719118?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5264290163349719118/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5264290163349719118' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5264290163349719118'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5264290163349719118'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/06/sandomierz-najsoczystsze-miasto-swiata.html' title='Sandomierz - najsoczystsze miasto swiata'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Si8AsR4dL0I/AAAAAAAAAok/Vvk4Yu28hnc/s72-c/P1020727.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-919326306326919567</id><published>2009-05-18T18:18:00.000-07:00</published><updated>2009-05-18T18:30:30.404-07:00</updated><title type='text'>Alfabetu wewnetrznego ciag dalszy.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ShILqAXAT6I/AAAAAAAAAn8/i9LLssAG1WE/s1600-h/P1010408.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ShILqAXAT6I/AAAAAAAAAn8/i9LLssAG1WE/s320/P1010408.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5337341324666359714" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Sposrod wszystkich niezwykle waznych pojec, zaczynajacych sie na litere p, wybralabym kiedys prawde. Bo choc "piekno" czaruje, "przyjazn" niezbedna, "pieniadze"  zaprzataja czasami glowe w nadmiarze,  "pokory" wciaz nauczyc sie nie moge, a "papierosy" – ech, szkoda gadac,  to "prawda" zawsze swiecila na firmamencie jako imperatyw, zasada, horyzont wewnetrznego rozwoju. I to nie jakas tam "relatywna", spleciona z paplatanych watkow, ktore nijak nie moga wspoltworzyc jednej i jedynej osnowy, nie kakofoniczna prawda mojego doswiadczenia, nie taka, co okreslana jest jako "zgodnosc", pomiedzy podobnym a podobnym, albo  teza i antyteza – zadnych wielosci nie tolerowalam w tym aspekcie. Na zasadzie wybierania tego, czego sie nie ma, do czego sie teskni, czego sie pozada, jako zdefiniowany (przez innych) i zadeklarowany (przez siebie)  klamca, wybralabym prawde radykalna. I zdolna bylam nawet bronic tej idei wobec posmodernistycznych zwolennikow liczby mnogiej. Bylam dowodem na to, ze radykalizm pojeciowy prowadzi do paplatania praktyki z teoria.&lt;br /&gt;Stopniowo w trakcie przezywania swojego zycia zdecydowalam sie zastapic rzeczownik czasownikiem – prawde - koncepcja "uprawdzania", "prawdzenia sie"; procesualnosc wygrala.&lt;br /&gt;Dlatego dzisiaj, przy literze p, nie wybieram prawdy!&lt;br /&gt;Podazam, nie jestem.&lt;br /&gt;Probuje, nie osiagam.&lt;br /&gt;Otwieram drzwi, chce zobaczyc Przestrzen!&lt;br /&gt;Przestrzen jest "miejscem" podrozy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okragly jak ptys i czerwony ze wstydu ksiezyc majowy, ktory zagladal w moje okno w niecnych pewnie zamiarach, pomogl odkryc przestrzen wewnetrzna. Wtedy, w maju, ukradl mi sny. Lezalam spuchnieta od wydarzen codziennych, ktore tylko sen mogl rozproszyc, rozwodnic, zamienic w przeszlosc. Lezalam wypelniona po brzegi namietnoscami, rozterkami, niezrozumieniem. Lezalam napompowana brakiem. Ksiezyc zaproponowal zabawe: skoro juz nie mozesz spac, ha ha ha, zrob cos z soba – rusz sie, ruch jest zdrowy, w zrowym ciele zdrowy duch, przebiegnij sie troche. Podrozuj w nieskonczonosc swojego ciala, w niekonczace sie continnum przestrzeni wewnetrzej, w pustke trwalosci, w ciaglosc stawania sie, w swiadomosciowy kosmos wszystkiego we wszystkim.&lt;br /&gt;I tak to sie zaczelo. Tak zwariowalam. Od niespania. Od zawrotnej przestrzeni.&lt;br /&gt;Przekroczylam granice, ktorych nota bene nie bylo, zanurzylam nogi w koncu swiata, i juz nie chcialo mi sie wracac.&lt;br /&gt;Lubie doswiadczac przestrzeni: nad oceanem, nad morzem, na szytach gor. Jakis czas temu mialam przyjemnosc latania  na paralotni. Nad gorami. To dopiero jest odkrycie przestrzeni. Wiatr silniejszy niz myslisz, prawdziwy zywiol. I o dziwo wrazenie spokoju, bezpieczenstwa.&lt;br /&gt;Pomyslalam,ze powinnam zostac pilotem samolotu. Albo aniolem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-919326306326919567?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/919326306326919567/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=919326306326919567' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/919326306326919567'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/919326306326919567'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/05/alfabetu-wewnetrznego-ciag-dalszy.html' title='Alfabetu wewnetrznego ciag dalszy.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ShILqAXAT6I/AAAAAAAAAn8/i9LLssAG1WE/s72-c/P1010408.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-7668789044548258687</id><published>2009-05-02T18:31:00.000-07:00</published><updated>2009-05-02T18:36:43.834-07:00</updated><title type='text'>Sobotnie polowanie na spokoj</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz1CztALPI/AAAAAAAAAmo/dIz1TXuCWJM/s1600-h/P1030667.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 251px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz1CztALPI/AAAAAAAAAmo/dIz1TXuCWJM/s400/P1030667.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5331405487487331570" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz0zklWyxI/AAAAAAAAAmg/VG8g5vk22_E/s1600-h/P1030654.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz0zklWyxI/AAAAAAAAAmg/VG8g5vk22_E/s400/P1030654.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5331405225730689810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz0lkKTn9I/AAAAAAAAAmY/BAczdYKE-6g/s1600-h/P1030691.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz0lkKTn9I/AAAAAAAAAmY/BAczdYKE-6g/s400/P1030691.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5331404985099067346" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz0C0tPFAI/AAAAAAAAAmI/L0oXVQ6F4vM/s1600-h/P1030651.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz0C0tPFAI/AAAAAAAAAmI/L0oXVQ6F4vM/s400/P1030651.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5331404388245115906" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-7668789044548258687?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/7668789044548258687/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=7668789044548258687' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/7668789044548258687'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/7668789044548258687'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/05/sobotnie-polowanie-na-spokoj.html' title='Sobotnie polowanie na spokoj'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sfz1CztALPI/AAAAAAAAAmo/dIz1TXuCWJM/s72-c/P1030667.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1681703440606549457</id><published>2009-04-24T09:00:00.000-07:00</published><updated>2009-04-24T09:04:58.383-07:00</updated><title type='text'>Osoba czy Odpowiedzialnosc</title><content type='html'>Najwiecej problemow przysparzaja  mi wszelkie oceny i oszacowania. Budowanie systemu wartosci nie jest zajeciem prostym. Na razie mam sporo mentalnego chaosu, zachwycajacego spojnoscia w praktyce. Chaos, bo funty i kilogrami mi sie pomieszaly, mile i kilometry wciaz sie  nie przeliczaja, bo godziny tu i tam jakos nie moga sie zsynchronizowac. Poprzez zamieszakanie w obcym kraju, poprzez dodatkowy, ponadobowiazkowy ciezar doswiadczen, system mi sie rozszerzyl i pierwotnie przetasowal. Nie jestem wiec pewna co jest wazniejsze – Osoba czy Odpowiedzialnosc, Podmiot czy  Dzialanie, Istota czy Istnienie?&lt;br /&gt;W Ameryce panuje kult Osoby, Osobowosci. Wiarzy sie tutaj nie tyle w wolnosc, nie tyle w wybor jako dzialanie, co w jednostke ( w strong personality), ktora tego wyboru dokonuje. Ameryka kocha Osobowosci. Najlepiej sprzedajacymi sie ksiazkami sa ksiazki o Bohaterach, co byli na dnie, a potem sie wybili zwyciezyli, osiagneli. Najpopularniejszymi programami w telewizji sa te, przedstawiajace Osobowosci Popularne (celebrities), i kompletnie niewaznym jest, co te osoby robia, co mowie, jak postepuje. Liczy sie sama Osobowosc. Politykow nie wybiera sie dla idei, do pracy zatrudnia sie osoby, a nie osiagniecia, gazety zapelnione sa twarzami, cialami bez kontekstu dzialania, wydarzenia – wydarzeniem jest ilosc kilogramow, nos, nowe cycki – osoba sama w sobie. Szczerze  mowiac troche mnie to zaskakuje. Zawsze kojarzylam Stany z wolnoscia, a wiec dzialaniem. Zawsze kojarzylam wolnosc z odpowiedzialnoscia, wierzylam w schemat: wolny wybor (wolnosc) – odpowiedz, konsekwencja (odpowiedzialnosc). Wierzylam, ze wolnosc jest dialogiem czynow i konsekwencji. Tymczasem odpowiedzialnosc traktuje sie tutaj jak chorobe. Wymysla sie mnostwo sposobow iluzyjnie nihililujacych konsekwencje. Kup – nie musisz nam placic (przez nastepny rok), zawrzyj nowe znajomosci – nie musisz wcale oddzwonic, spotkac sie ponownie, jedz przed siebie – nie musisz wracac, zjedz - to zdrowe, nie utyjesz. O wolnosci mowi sie duzo, zapisano ja nawet w Konstytucji, ale to Wolnosc Osobista, wolnosc, ktora stala sie epitetem osoby, wolnosc okreslajaca. Jakos ne moge dojrzec dynamiki w  amerykanskiej wolnosci. Moze zatem wolnosc jest europejska? To  w Europie krytyjuje sie za czyny, za brak etycznej odpowiedzilanosci, za niezrobienie czegos, za brak reakcji. W Europie mowi sie o wolnosci w kategoriach odpowiedzialnosci, w kategoriach zdarzania sie, dialogu.&lt;br /&gt;Nie wiem co postawic na piedestale, od czego zaczac etyke – od Osoby, jej potrzeb, jej istoty (czarnej, bialej, polskiej), czy od Odpowiedzialnosci – dzialania, odpowiedzi, dialogu zdarzajacego sie miedzy ludzmi, Bogiem. Czego mam sie trzymac - istoty czy istnienia?&lt;br /&gt;Dobrze, ze takich wyborow dokonuje sie podswiadomie, w mgnieniu oka, intuicyjnie. Fajnie, ze sobie moge pomajstrowac z pojeciami bez zadnych konsekwencji. Hmm, bez odpowiedzialnosci?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1681703440606549457?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1681703440606549457/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1681703440606549457' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1681703440606549457'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1681703440606549457'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/04/osoba-czy-odpowiedzialnosc.html' title='Osoba czy Odpowiedzialnosc'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1612915987850693573</id><published>2009-03-25T09:48:00.000-07:00</published><updated>2009-03-25T17:58:02.824-07:00</updated><title type='text'>Bauman w Wyborczej: Koniec orgii</title><content type='html'>&lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75480,6251875,Bauman__koniec_orgii.html"&gt;http://wyborcza.pl/1,75480,6251875,Bauman__koniec_orgii.html&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeczytalam jednym tchem. Generalnie jest o kryzysie, o koncu ( a moze zmianie) pewnego etapu konsumpcjonizmu. A oprocz tego taki kwiatek:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;podzial_strony&gt;&lt;/podzial_strony&gt;  &lt;span style="font-style: italic;" class="txt_pytanie"&gt;&lt;b&gt;"Może się więc okazać, że warto się do czegoś przywiązać, mieć coś stałego. &lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;- Tu o coś więcej chodzi. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Moim zdaniem nowością, do której się trzeba będzie przyzwyczaić, będzie odkrycie na nowo wartości trwania. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;W ostatnich latach imperatywem było pozbywanie się starego, żeby nabyć coś nowego. Po co ja mam się z czymś czy kimś wiązać, skoro codziennie pojawiają się lepsze komórki, lepsze komputery, młodsze i lepiej ubrane kobiety? Po co ślubować wierność i wiązać sobie ręce? &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Główną zasadą było: nie zamykać żadnych opcji. Zawsze zostawiać furtkę, żeby się można było wycofać. Żeby nic nie było raz na zawsze. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Od tego trzeba się będzie odzwyczaić. Od życia, które było ciągiem pozbywania się. I przyzwyczaić do życia, które znowu, jak niegdyś, było gromadzeniem i troską o to, co nagromadzone."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Az mi sie chce dodac: a nie mowilam! Przeciez trabie o tym od dawna!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1612915987850693573?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1612915987850693573/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1612915987850693573' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1612915987850693573'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1612915987850693573'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/03/bauman-w-wyborczej-koniec-orgii.html' title='Bauman w Wyborczej: Koniec orgii'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5453688836917955909</id><published>2009-03-24T08:39:00.000-07:00</published><updated>2009-03-25T07:58:54.881-07:00</updated><title type='text'>Naturalia - uniwersalne marzenia ludzkosci.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ScpGoseZO3I/AAAAAAAAAlI/XQIPjzJdopI/s1600-h/P1040973.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ScpGoseZO3I/AAAAAAAAAlI/XQIPjzJdopI/s320/P1040973.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5317139975011646322" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Naturalia - to ponad religijne, narodowosciowe, ponad partykularne marzenia, elementy naszej wspolnej ludzkiej wyobrazni. Zamieszkuja sny, serca, w sposob naturalny stanowia temat 70 do 80 %  wytworow sztuki tworzonych przez czlowieka. Naturalia, chcac nie chcac, sa. Dla jednych ich istnienie nie wymaga dowodu, jest intuicyjne,  dla innych jako utopie wewnetrzne posiadaja istnienie intencjonalne, nikt nie wazy sie stwierdzic, ze  naturalia sa obiektywne, niezalezne, realne... A szkoda, szkoda. To mogloby wiele wyjasnic.&lt;br /&gt;Wsrod naturaliow dwa chyba najbardziej popularne, nosza nazwy: "american dream", zwany takze "wlasna legenda" oraz "przeznaczenie".&lt;br /&gt;Wlasna legenda, czy american dream to naturalium istoty. Jest to przekonanie, ze kazdy, bedac wolnym obywatelem moze osiagnac to, czego pragnie, moze osiagnac "spelnienie". Naturalium to glosi wiec, ze z istoty swej czlowiek jest zdolny do osiagniecia szczescia, spelnienie, raju, czego-tylko-dusza-zapragnie. Uwodzicielska ta idea glosi - zycie to droga, podroz do osiagniecia pelni swoich mozliwosci, do zamieszkania w krainie spelnionych marzen. To przekonanie, ze wystarczy mocno czegos chciec, aby caly wszechswiat pomagal w osiagnieciu pragnien. Podazaj swoja droga, dzialaj zgodnie z tym, co podpowiada ci serce, podejmuj ryzyko, nie boj sie, nie lekaj sie, nie rezygnuj, trwaj w dazeniu... Huzia, hola, do przodu, hej!&lt;br /&gt;Slowem, warto wybrac droge pod gorke, by dostac sie na wyzyny spelnienia i osiagnac Upragnione.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I kiedy czlowiek, zanurzony w swoim fotelu, kanapie, czyta lub oglada kolejna wersje tej opowiesci nie sposob nie uronic lzy, podjac decyzji typu: "w droge, ja tez dam rade", lub wkurzyc sie na media i caly swiat, ze zajmuja czlowieka takiemi truciznami, ze to jakas religijna sprosnosc i balamoctwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naturalium zwane "przeznaczeniem" jest oczywiscie naturalium celu. Chodzi w nim generalnie o to, ze moze i posiady wolna wole, moze i dokonujemy wyborow, ktorych konsekwencje ponosimy co i rusz to, ale przeznaczenie (cokolwiek to jest) wie swoje i wobec niego, za przeproszeniem, "gowno" mozna. Krotko  mowiac, nawet jak wolno wybieramy, to tylko dlatego, ze tak mialo byc. Czesto opisujemy swoje wolne dzialania etykietka: nic nie moglam/moglem na to poradzic. (Determinizm jest druga natura czlowieka , o dziwo!) By sie zbytnio nie kaleczyc w zyciu, nie obijac niepotrzebnie, nie cierpiec zbytnio, warto nauczyc sie czytac Znaki (zacheta do ksztalcenia zawsze godna pochwaly). Przeznaczenie bowiem jest nie tylko pismienne, ale generalnie bardzo artystyczne nastawione i lubi ekspresje we wszelkiej postaci. Jak sie troche czlowiek wyksztaci to moze zaczac podazac za Znakami, ktore zostawia przeznaczenie. Latwiej sie mu wtedy zyje, bo nie rozprasza sie na wszystkie strony,  tylko spokojnie (lub nie spokojnie, zalezy od mowy przeznaczenia) podaza...."wlasna legenda"! W koncu osiaga sie status quo z rzeczywistoscia, szczytuje, zalicz punkt w grze i idzie dalej lub umiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wciaz zaskakuje mnie fakt popularnosci tych dwoch "wewnetrznych marzen". Kolejny film, ksiazka, artykul o tym samym - droga, trud, spelnienie - bo tak chce swiat, bo tak mowi przeznaczenie, bo tak powiada twoja wlasna "legenda".  O jakiez to wszystko, kurwa,  proste. Naturalia porzadkuja marzenia - panowie po prawej, panie po lewej. Dla panow - wlasna legenda, dla dam - po prostu przeznaczenie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5453688836917955909?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5453688836917955909/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5453688836917955909' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5453688836917955909'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5453688836917955909'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/03/naturalia-uniwersalne-marzenia.html' title='Naturalia - uniwersalne marzenia ludzkosci.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ScpGoseZO3I/AAAAAAAAAlI/XQIPjzJdopI/s72-c/P1040973.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-355393421281506172</id><published>2009-02-24T08:56:00.000-08:00</published><updated>2010-05-29T01:31:09.072-07:00</updated><title type='text'>Ciotka Weronka</title><content type='html'>Ciotka Weronka umarla w niedziele. Dzisiaj w Sulislawicach jest jej pogrzeb.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka Weronka jest siostra mamy. Nie pamietam tylko czy rodzona, czy "bratnia" siostra. Bo mama ma rodzone rodzienstwo - pochodzace od tego samego ojca, oraz rodzenstwo od brata ojca, ktory jako pierwszy ozenil sie z babcia, a ze zginal, wsiakl na wojnie ( tej pierwszej), to moj dziadek - brat mlodszy - zaopiekowal sie rodzina i babcia- przede wszystkim.&lt;br /&gt;Ciotke Weronke pamietam zawsze w chusteczce na glowie - kwiecistej. I w podomce - takim rodzaju wdzianka, ktore nie jest sukienka, nie jest szlafrokiem, troche jakby fartuchem. Raz chyba widzialam ja bez tej chustki - na slubie corki, tej drugiej Hanki-Jolki. Miala dlugie wlosy, przynajmniej wtedy. Ciotka Weronka w prodizu piekla najlepsze na swiecie ciasta. Pamietam szczegolnie serniki. Robila tez faworki, ktore pachnialy wszechogarniajaco, gdy wchodzilo sie do kuchni, choc ukryte byly na telerzu przykrytym lniana sciereczka w jakies szlaczki. Te faworki i herbate zabieralo sie do domu, i tam w pokoju z blyszczacymi meblami zajadalo. Bo domy byly jakby dwa w obejsciu ciotki Weronki. Ten stary - jednoizbowy, ktory dzielil sciane z obora i po przeciwnej stronie nowszy, choc tez stary, z dwoma izbami. Ciotka Weronka gotowala w starej kuchni. Zagroda byla na planie kwadratu - prostokata. Od strony wschodniej obejscie graniczylo ze stawem, ktory w zimie zamarzal i mozna bylo  na nim jezdzic na lyzwach. Od strony polnocnej byly sady, pola i rozne takie gorki i dolki, po ktorych sie biegalo i puszczalo wielkanocne jajka. I strumien tez tam byl. I chyba raj. Strona zachodnia to dom - ten nowszy, graniczyl z obejsciem wuja Tomasza, a dalej wuja Stefana. A od poludnia brama i droga. Po przeciwnej stronie drogi mieszka moj ojciec chrzestny. Tuz kolo bramy stal slup, na ktorym dumnie przez wiele lat prezentowalo sie bocianie gniazdo. Poznym latem bociany zbieraly sie  na lace, tuz nad rzeka. Nad ranem unosila sie tam mgla - namiastka chmur. Bociany klekotaly, klekotaly i w koncu zaczynaly biec, a potem jak samoloty odrywaly sie od ziemi i uciekaly z Dmosic. Nie wiem gdzie.&lt;br /&gt;Nad droga w lecie unosil sie zawsze kurz. Bylo sucho, goraco i glosno od swierszczy. Ciotka Weronka miala wlasnie pokazac mi jak zabija sie kure. To byl moj pierwszy raz. Widzialam jak bez zmruzenia oka bierze do reki siekierke, silna reke przytrzymuje kure na pienku i jednym ruchem - ciach- pozbawia ja glowy. A kura trzepocze sie, wciaz sie trzepocze. Ciotka tlumaczyla mi, ze to normalne. Zanim duch wyjdzie z kury bedzie sie tak ruszac, skakac i trzeba uwazac zeby nie uciekla.&lt;br /&gt;I jeszcze rosol pamietam, posypany pietruszka. Z tej kury. Nie moglam go zjesc. Tluste oczy mrugaly na mnie i czulam, ze ten duch wcale nie ulecial, jakos siedzi w tym rosole i jak tylko wpuszcze go do srodka zacznie skakac i gdakac w moich wnetrznosciach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamietam jej glos. Pamietam jak podala mi pewnego razu puszysta kulke - malego kotka i powiedziala - wez go sobie. I bardzo, bardzo chcialam zabrac ten prezent. Ukrylam go  nawet w samochodzi rodzicow. Ale prezent miauczal zalosnie i nie udalo sie go przemycic cichaczem. Rodzice sie nie zgodzili. Siedzialam na sloncu, na laweczce, tuz przed domem ciotki Weronki a na kolanach trzymalam ten maly skarb, ktory musialam zostawic w Dmosicach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka Weronka krazy jeszcze po bardo. Trzymam za nia kciuki w tej wedrowce i prosze wszystkie dakinie z okolic Dmosic, zeby pomogly jej rozponac wlasciwy kierunek.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-355393421281506172?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/355393421281506172/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=355393421281506172' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/355393421281506172'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/355393421281506172'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/02/ciotka-weronka.html' title='Ciotka Weronka'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-8273935405134468242</id><published>2009-02-23T11:42:00.000-08:00</published><updated>2009-03-25T08:04:02.766-07:00</updated><title type='text'>M jak macierzynstwo</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ScpH2d1HyPI/AAAAAAAAAlQ/8sz5cPzmSso/s1600-h/IMG_0837.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 320px; height: 214px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ScpH2d1HyPI/AAAAAAAAAlQ/8sz5cPzmSso/s320/IMG_0837.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5317141311110236402" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W  pewnym momencie organizm kobiety prosi o reprodukcje, wyrywa sie hormonalnie do  jakiejs pozasiebnej wedrowki. Prosi? To zle slowo, raczej nalega, szantazuje, nagabuje. Nic sie z tym nie da zrobic – to biologia.   Nie sa przypadkiem jej wybuchy zlosci, nie wynikaja z psychologicznych przeslanek napady malkontenctwa. Generalnie kobieta jest polem walki hormonalnej, trudno uleczalnym chronicznym przypadkiem wewnetrznej neurozy matki natury. Wiem, wiem, wspoczesne feministki pewnie nie czuja "zewu", wcale nie tesknia za macierzynstwem itd. Ja tez! Racjonalnie jestem przeciwna, niezdecydowana i generalnie nie czuje potrzeby. Racjonalnosc w XXI wieku dzieki srodkom farmakologicznym moze nawet zwyciezyc pod-racjonalna strukture "chcenia".  I tak tez sie dzieje. Ale nie zaprzeczam, nie neguje, obserwuje raczej z zaciekawieniem, jak biologia czasami trzepocze na mnie uwodzicielsko rzesami, jak pudruje policzki, podkresla szminka usta, by zachecic mnie do zmiany planow. I miekkim swym glosem powiada: dzi-dzius, malen-stwo, dzie-cko, maluuuszek itd. Odwracam sie plecami do pokusy.&lt;br /&gt;Slowem - o macierzystwie nie wiem nic. Nie wiem co oznacza macierzynska milosc od srodka, jak sie to czuje. Wiem natomiast, ze musi to byc uczucie wszechobecne w krwi rodzicow, dominujace. Wnioskuje na podstawie moich wlasnych rodzicieli. Ich macierzynska milosc byla zawsze w moim zyciu. Czasami sie jej sprzeciwialam, zaprzeczalam, watpilam, zadalam dowodow na jej istnieni. Ale to kwestia odbioru. Obiektywny byt uczuciowy byl zawsze, zwrocony na mnie, od kiedy jestem na swiecie. Ta ich macierzynska milosc to  nie jakas przyjemna sprawa – to raczej  rodzaj osobistego poswiecenia, zawieszenia siebie na rzecz dziecka, uwaga skierowana na nie swoje ego. Poniewaz sama nie jestem w stanie oderwac od siebie oczu, rodzicielskie skupienie sie  na Drugim -  na dziecku, wydaje mi sie po-swieceniem, namaszczeniem jakims swietym duchem, laska wyzwolenia od ciezaru bycia tylko ze soba, zaprzeczeniem egzystencjalnej samotnosci. Na pewno wszystko idealizuje,  na pewno jest w kazdym macierzynstwie takze resentyment – ze zycie indywidualne zostalo bezpowrotnie skonczone, ze trzeba wyzywic i wychowac nie-siebie, ze obowiazek, odpowiedzialnosc i takie tam przyziemne sprawy.&lt;br /&gt;Wiele psychologicznych  koncepcji doszukuje sie zrodla naszych "obsesji", "porazek" i generalnie "nieszczescia", poczatku tego "calego wariactwa" w dziecinstwie. Bo rodzice nie byli dobrzy, bo wujek potraktowal we "zly sposob", bo siostra dominowala, a kolega byl zaborczy, tato pil, a mama byla niema itd –  to na pewno zostawia slady, rani, to na pewno ksztaluje, ale nie wierze w "wine" rodzicow, w wine "dziecinstwa". Nasz dorosly stosunek do samych siebie nie  jest owocem macierzynskiej doroslosci rodzicow, jest owocem naszej samoswiadomosci. Zamiast straszliwie przejmowac sie "zdrowym i szczesliwym" wychowaniem swojego dziecka, pewnie puszczalabym z nim latawce, majac nadzieje, ze samo sie uszczesliwi...w przyszlosci. Pewnie nie bylabym dobra mama.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-8273935405134468242?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/8273935405134468242/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=8273935405134468242' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8273935405134468242'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8273935405134468242'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/02/m-jak-macierzynstwo.html' title='M jak macierzynstwo'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/ScpH2d1HyPI/AAAAAAAAAlQ/8sz5cPzmSso/s72-c/IMG_0837.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-8841019065309993088</id><published>2009-02-06T07:54:00.000-08:00</published><updated>2009-02-06T09:31:32.171-08:00</updated><title type='text'>Beyond The Epic Run. Cos wiecej niz dlugi bieg.</title><content type='html'>Mialam okazje byc na przedpremierowym pokazie filmu "Beyond the Epic  Run". Jest to tak zwany "reality movie", kompilacja autentycznych, dokumentarnych ujec, grafiki komputerowej, wywiadow  i opinii specjalistow. Film opowiada o niewiarygodnej przygodzie (?), misji, szwajcarskiego malzenstwa Serge  i Nicole Roetheli. Serge jest niewatpliwie "dotknietym przez Boga" sportowcem. Szesc razy zdobyl mistrzostwo Szwajcarii w boksie, startowal w Olimpiadzie w  Montrealu. Pozniej zajal sie bieganiem: 1215 km przez Alpy, 8800 przez dwanascie krajow europejskich, a wreszcie w latach 1995- 1997, 24 115 km przez obie Ameryki. Na motorze, ciagnac za soba "dom" towarzyszyla mu zona -  Nicole. W lutym 2000 roku, Serge i Nicole postanowili wyruszyc w jeszcze dluzsza trase - dookola swiata, piec kontynentow, trzydziesci trzy kraje, piec lat zycia i okolo 40 880 km!  Sprzedali swoje ziemskie dobra i ruszyli przez Afryke, Bliski Wschod, Azje, Australie, Nowa Zelandie, Ameryke Poludniowa, Ameryke Polnocna, by skonczyc  w piedziesiate urodziny Serge'a, w Europie, w alpejskim Sion . Niepojety wysilek fizyczny. Niesamowite przedsiewziecie duchowe. Wiecej niz podroz, niz bieg.&lt;br /&gt;"Nie ma rzeczy niemozliwych jesli zechcesz zaplacic odpowiednia cene za spelnienie swoich marzen" - powiada Serge.&lt;br /&gt;Ten bieg byl sprawdzianem ludzkich mozliwosci fizycznych - oboje oplacili go malaria, Serge'a potracilo auto w Indiach, waz nieomal pozbawil go oka, Nicole musiala byc w pewnym momencie  hospitalizowana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakze niezwykla droga dla pary malzenskiej - 5 lat bez ustanku, dwadziescia cztery godziny na dobe ze soba, w ekstremalnych warunkach, na pustyni, w tropikach, w deszczu, sniegu i sloncu, ktore przypala skore. Jakiej parze uda sie przetrwac cos takiego? Ich wyczyn wydaje mi sie nieludzki wlasnie z tego punktu widzenia. Dwoje ludzi skazanych na wlasne towarzystwo, bez odzielnego pokoju, przyjaciol, rodziny - zeby odpoczac od niego, od niej...Kazdego ranka musieli wzajemnie przekonywac sie o sensie calego przedsiewziecia, budowac pewnosc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wiecej niz bieg. To marzenie i misja. Oboje Sarge i Nicole twierdza, ze nie udalo by im sie wytrwac, gdyby nie obecnosc meza/zony i misji... Ich misja byla pomoc dla dzieci, z roznorakich organizacji charytatywnych - bez tego etycznego dopingu nie bylo by biegu...Serge zapytany o motywy przedsiewziecia powiada:&lt;br /&gt;" Trudno to wytlumaczyc, ale generalnie byly trzy motywy: po pierwsze, aby byc wolnym; po drugie, zeby doswiadczyc czegos niesamowitego, fantastycznego gdzies w swiecie, dla wyzwania.&lt;br /&gt;Po trzecie - pomoc dzieciakom".&lt;br /&gt;Dla mnie ten film jest nie tylko opowiescia o nieprzecietnej wytrzymalosci fizycznej, o pieknie biegu, ktory uspakaja, tonizuje psychike. Serge i Nicole usmiechaja sie czesto, w najgorszych nawet warunkach. Nie mozna nie smiac sie z nimi nad wigilijna kolacja z ziemniakami i serem.&lt;br /&gt;Przede wszystkim jest to jednak kolejna opowiesc-inspiracja z przeslaniem: wytrwaj w drodze, spelniaj swoje marzenia, daz do celu...&lt;br /&gt;To mi bylo potrzebne. Film zadzialal jak spotkanie z trenerem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;www.beyondtheepicrun.com&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-8841019065309993088?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/8841019065309993088/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=8841019065309993088' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8841019065309993088'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8841019065309993088'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/02/beyond-epic-run-cos-wiecej-niz-dlugi.html' title='Beyond The Epic Run. Cos wiecej niz dlugi bieg.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2522580584636048008</id><published>2009-02-05T06:04:00.000-08:00</published><updated>2009-02-06T07:50:51.651-08:00</updated><title type='text'>Homo - animal sociale - naiwnie i gniewnie o spoleczenstwie sprzedajnym.</title><content type='html'>Homo est animal sociale. O jakze socjalnym, na wlasne zyczenie! Ze niby spoleczenstwo czlowieka oswaja, ze bez niego zginal by w zwierzecej walce, ze spoleczenstwo jest racjonalnym wynalazkiem, ulatwiajacym zycie, bo w grupie latwiej dom zbudowac ...Tak, to wszystko prawda. Tym jednak co czyni czlowieka  spolecznym jest, w mojej opini, zadza i imperatyw marketingowy. Czlowiek jest zwierzeciem "sprzedajnym". Od wielu lat istnienie pojedynczej jednostki jest zalezne od jej pozycji w grupie - dokladnie od tego, czy dane indywiduum posiada, nabylo, nauczylo sie jakis umiejetnosci, ktore moze sprzedac innym czlonkom spoleczenstwa. Od malego dziecka wpaja sie nam zasady  marketingu i reklamy - jak zaproponowac,? kiedy?, jakich narzedzi sprzedazy uzywac w przypadku grupy rowiesniczej, a jakich w przypadku ciotek i wujkow?, co przedstawiac w ofercie nauczycielom?, jak skomponowac propozycje skierowana dla plci odmiennej? Najwazniejsze jest jednak to, ze w doroslym zyciu przyjdzie nam siebie "utrzymywac"( przy zyciu i w spoleczenstwie) - tzn sprzdawac jakos usluge innym, byc pozytecznym dla srodowiska, dla ogolu. Indywidua, ktore zapragna "realizowac siebie" moga miec problem z przezyciem w grupie, chyba, ze  nie posiadajac zadnego konkretnego produktu na sprzedaz maja fascynujacy i gleboka wrodzony talent samo-promocyjny. To sie zdarza.&lt;br /&gt;To proste odkrycie, ze przez cale zycie jestesmy zalezni od innych ludzi, od spoleczenstwa spadlo na mnie w dzisiejszym snie. Pomyslalam zaraz o tych, ktorzy wymykaja sie spoleczenstwu,pracuja na siebie, dla siebie, odizolowani od rynku swiata. Czy w ogole istnieja? Czy najwiekszy bezludek nie kupuje uslug innych - jakiejs paczki papierosow, jakiejs bulki z maslem, zrobionej przez wspoltowarzysza w bycie? O jakze jestesmy sami w sobie uwiklani. Czlowiek jest totalnie spoleczny, czlowiek nie istnieje jako liczba pojedyncza, ale zawsze w kontekcie i jako liczba mnoga (bez egzageracji,dziewczyno,oczywiscie tylko w pewnym aspekcie).&lt;br /&gt;Jestem w tym kontekscie wsciekla na feministki. Przez wiele  lat, kobiety byly wylaczone z koniecznosci bycia spolecznym przez cale zycie. Bylo sie spoleczna do momentu pierwszej sprzedazy. Jak sie juz raz zostalo sprzedanym kobieta nie wracala zazwyczaj na rynek. Miala swoj maly, domowy zaklad pracy - pranie, prasowanie, rodzenie dzieci - domowa manufakturke. Feministki sprawily, ze kobieta oficjalnie pojawila sie na ogolnospolecznym rynku, by sprzedawac sie codziennie, bez ustanku, az do emerytury. Nienawidze feministek! Manufakturka domowa, o ktorej zawsze marzylam jest dla mnie niedostepna. Musze sie sprzedawac - co nie jest takie proste, w przypadku kogos kto "probowal realizowac siebie" przez cale zycie, wiec nie posiadl wysoko-sprzedajnych umiejetnosci...&lt;br /&gt;A niech szlag trafi te wszystkie wyemacypowane babki, ja chce do domu! Ja chce nie miec zdania, ja chce byc slaba i blada...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2522580584636048008?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2522580584636048008/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2522580584636048008' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2522580584636048008'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2522580584636048008'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/02/homo-animal-sociale-naiwnie-i-gniewnie.html' title='Homo - animal sociale - naiwnie i gniewnie o spoleczenstwie sprzedajnym.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-8896287170409163372</id><published>2009-02-01T07:35:00.000-08:00</published><updated>2009-08-12T09:35:14.335-07:00</updated><title type='text'>L jak lek na lek</title><content type='html'>(Z powodu braku polskiej czcionki wyrazy lek i lek wygladaja tak samo, a nie sa. Pierwsze "lek" oznacza lekarstwo, drugie "strach")&lt;br /&gt;Chorowanie zawsze bylo dla mnie czynnoscia przyjemna. Po pierwsze - nie trzeba bylo isc do szkoly, do pracy, czlowiek w chorobie zwolniony jest od codziennych obowiazkow. Po drugie - osobie chorej przysluguje atencja, rodzina dzwoni lub stoi nad lozkiem, donoszac konfitury wisniowe i cieple mleko z miodem i maslem. Po trzecie wreszcie - choremu nalezy sie jakies zadoscuczynienie, cierpienie niewiadomo wedle jakiego prawa, pewnie boskiego, zostaje wynagrodzone. Po czwarte - choroba uwyraznia zycie. Same zalety. Marzyla mi sie zawsze jakas choroba powazna - jakas literacka gruzlica, mozliwosc wyjazdu do senatorium w Davos ( Boze, krolestwo za gruzlice), albo jakas astma ( zeby jak Proust zaszyc sie w pokoju z korkiem na scianach), slabe serce, cholera, cokolwiek powaznego, co na zawsze wykresliloby mnie z listy "tych, ktorzy musza uczestniczyc"! Marzylo mi sie bycie tylko obserwatorem, nie partycypantem. Gdy rtec w termometrze nieoczekiwanie podskakiwala po spotkaniu ze mna, czulam sie szczesliwa. Moglam w koncu zwolnic sie ze swiata, oddalic, wyskoczyc z biegu, odpoczac od ambicji. Kiedy bylam malutka dziewczyna wszystko dobrze sie zapowiadalo, nie to ze bylam jakos strasznie chora, ale anginy  i grypy dopadaly mnie na tyle czesto, ze srednio raz na miesiac zdarzaly mi swieta  i trzydniowy bonusowy odpoczynek od przedszkola, w ktorym czulam sie ofiara. Wszystko bylam w stanie zniesc dla tych kilku dni samotnosci w domu. Nawet zastrzyki, najbolesniejsze, codzienne pobieranie krwi, wymazy, naklucia. Nigdy sie nie przyznalam, ze szybkie uklucie i pozniejsze lekkie szczypanie przy przelewaniu sie antybiotyku do moich zyl - sprawialo mi jakas przyjemnosc. Mama myslala, ze dziecko nadmiernie jest obciazone bolem, dlatego kazdy zastrzyk konczyl sie dla mnie zakupem nowej lalki, czekoladki, misia, itd. Jak tu nie chorowac? No i te samotne dni w domu - calym dla mnie. Rodzice nie mogli sobie pozwolic na siedzenie z chorym dzieckiem. Bylam zostawiona "samopas". Moja wyobraznia czula sie swietnie. Jak na filamch rysunkowych, caly martwy swiat odzywal kiedy doroslych nie bylo w poblizu, kiedy nikt nie patrzyl. Duchy wychodzily zza szafy, palta okrywaly ramiona faunow,obcasy stukaly w rytm saczacej sie z wylaczonego radia muzyki. Filizanki napelnialy sie garaca czekolady, pobrzekiwaly lyzeczki mieszajace nieistniejace cappucino, szmer rozmow na salonach nie ustawal. Jako  krolowa tego swiata przygladalam sie bacznie calemu memu dworowi zadowolona, kiwalam glowa, zamienialam pare zdan z damami i jegomosciami tlaczacymi sie w obszernych salach balowych.&lt;br /&gt;Pozniej jednak bylam coraz zdrowsza - zadnych fizycznych dolegliwosci, niestety. Zycie, bez przystanku, bez oddechu, bez garstki lekarstw przyjmowanych z kazdym posilkiem, zaczelo mnie meczyc. Musialam cos wykombinowac. Wykombinowalam lek, nadmierny strach przed rzeczywistoscia, wiodacy do autodestrukcji z patologicznymi stanami depresji. Na to bierze sie strasznie duzo lekow - spowalniaczy, ujarzmiaczy, usypiaczy. Pierwszy raz na prawde poczulam , co to znaczy lek. Cialo oddane w jego posiadanie mieklo i rozmazywalo sie powoli. Przestawalo sie istniec. Lek unosil dusze spokojnie w kraine snu, lub znieczulenia. Doswiadczenie niezaangazowania, nieczulosci, nieludzkiej obojetnosci. Nie podobalo mi sie to. Nie bylam pewna, czy jeszcze ja stwarzam chorobe, czy choroba zaczyna stwarzac mnie. Nie bylam pewna czy jeszcze cieszy mnie chorowanie. Jedyna prawdziwa choroba jaka zdiagnozowano i z jaka musze sobie radzic jest lek, starch przed Swiatem. Jest to choroba smiertelna, tak jak sobie wymarzylam. Ale nie zwalnia mnie od swiata, nie pozwala odpoczac, nie nagradza orderem wyjatkowosci, nie namaszcza pietnem tragicznym. Od jakiegos czasu chce znalezc prawdziwe lekarstwo na strach, lek niezbedny jak powietrze. Siedze w laboratorium mojego zycia i przelewam z probki do probki uczucia - mieszanka milosci i przyjazni dziala calkiem dobrze, na pewno likwiduje objawy. Szukam dalej, czegos co leczy przyczyny leku. Mam niejasne przeczucie, ze  jest to lek prosty, niezlozony, naturalny.&lt;br /&gt;Takich jak ja jest wielu. Spotykamy sie na lekarsko-farmaceutycznych sympozjach. Znam doktor M., ktora  mocna Wiare sugeruje jako nie tyle lekarstwo, co antidotum na lek. Doktor D. opowiada sie za uzyciem  samoswiadomosci. Podawana w odpowiednich dawkach codziennie, najlepiej przez cale zycie moze zniwelowac objawy i doprowadzic do minimalizacji przyczyn. Ostatnio czytalam interesujaca prace, w ktorej zalecano aktywnosc fizyczna polaczona ze zdrowym zywieniem i  przyjmowaniem niektorych ziol. Sa tacy, ktorzy proponuja rozwiazania dosyc radykalne - opuszczenie cywilizacji, jako zrodla leku i wyniesienie sie w kosmos, na Andromede; zalozenie nowej cywilizacji na Atlantydzie, dzisiejszej Kubie; zanurzenie sie w piasku pustyni, sniegu Alaski, znalezienie kosmicznego alter-ego i przeniesienie tam swojej swiadomosci itd. Ile badan, tyle lekarstw. Doktor Buddha, ktory podobno znalazl lekarstwo sugeruje, ze trzeba poznac przyczyne,nastepnie proponuje osmiostopniowa kuracje.  No coz, jak na razie to najlepszy dostepny na rynku lek, jak dla mnie. Jako jednak urodzony sceptyk i laborant-samouk poszukuje na wlasna reke. Zajecie to, aktywnosc na polu nauki, zajmuje mi sporo czasu, czasami nie mam czasu mylsec o trawiacej mnie chorobie. Czasami jestem zla, ze tez nie przydazyla mi sie ta gruzlica, tylko taki prozaiczny, popularny lek.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-8896287170409163372?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/8896287170409163372/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=8896287170409163372' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8896287170409163372'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8896287170409163372'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/02/l-jak-lek-na-lek.html' title='L jak lek na lek'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1240302008594758229</id><published>2009-01-09T08:41:00.000-08:00</published><updated>2011-10-13T08:21:49.755-07:00</updated><title type='text'>This I believe.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SWeB1RRVfmI/AAAAAAAAAi0/x3y265LjysU/s1600-h/P1020983.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SWeB1RRVfmI/AAAAAAAAAi0/x3y265LjysU/s320/P1020983.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5289339039539101282" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytam sobie wlaśnie “This I believe”. Zbiór krótkich tekstów pisanych przez różnych ludzi – nie znanych i uznawanych, na temat najistotniejszych przekonań i wierzeń. Pierwszy taki zbiór powstał jeszcze w latach 50’ i jako cykl wywiadów był nadawany w publicznym radiu (NPR). “This I belive” jest dialogiem publicznym po dzień dzisiejszy. Tysiące ludzi wypowiada codziennie swoje życiowe credo.&lt;br /&gt;Ciekawa jestem jak “This I believe” wyglądało by na polskim gruncie. W co wierza Polacy? Czy zechcieliby odpowiedzieć na to pytanie? Czy jesteśmy już w tym miejscu naszej nowej post-historii, w którym można pytać o wartości, o to, co ponadmaterialne?&lt;br /&gt;Sama spróbowałam sobie odpowiedzieć na pytanie: A w co wierzysz? – przecież każdy mały Polak jest o to pytany w wierszyku zaczynającym się od ”Kto ty jesteś?”&lt;br /&gt;Moja odpowiedź jest intelektualnym bełkotem, jest szkicem braku odpowiedzi. Bedę jeszcze próbować…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W co wierzysz?&lt;br /&gt;Odpowiedź z dzisiaj:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam problem z wierzeniem. Nie wiem, czy istnieje takie zdanie, taka sentecja, myśl, pojęcie, w które nie zdarzyło mi się wątpić. Wszystko wydaje się być prawdziwe tylko na chwilę. Później pewność - którą utożsamiam z głęboką wiarą -  znika. Moja wiara jest chwilowa – jak uniesienie, jak uczucia, jak emocje. I  chociaż pracuje nad tym żeby zatrzymać coś na zawsze, “zawsze” jakoś nie chce uwierzyć we mnie, nie chce ze mną zostać. Wszystko w moim świecie jest naznaczone przemijaniem.&lt;br /&gt;Wierzę w ruch, w czas, nieuchronność zmiany. Taki tam paradoks.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiarzę w zmianę. Powstaje, trwa, mija, powstaje, trwa, mija itd. Wierzę też w przyczynę i skutek. Żaden tam chaos, żadna tam przypadkowość. Tak  sobie z obserwacji  i własnej świadomości świat pościeliłam, i tak w nim codziennie obciążona odpowiedzialnością za własne życie – zasypiam.&lt;br /&gt;Chaos jest iluzja, przypadkowość jest wygodnym kłamstwem.&lt;br /&gt;Nie wiem czy nie-chaos tworzy Sens, nie wiem czy istnieje horyzont  tego Sensu, czy jest  jakiś początek i koniec, czy jest jakieś jedno wystarczające wyjaśnienie. I to  mnie nie obchodzi, co w moim jezyku znaczy: nie chce mi się w to wierzyć, nie mam czasu na taką wiarę. Wiara dotyczy pryncypiów, wiara dotyka niepodważalnego, fundamentalnego “tak”, któremu chce sie dawać świadectwo.&lt;br /&gt;Świadczę, że doświadczam nieuchronnego przemijania, które czasami boli, a czasami śmieszy. Świadczę, że świadomość moja ogarnia to stawanie się i czasem się go boi, a czasem podziwia.&lt;br /&gt;Mam jeszcze jedno przekonanie – osobistą wiarę.&lt;br /&gt;Wierze, że uczucia nie są faktami, ale nie tylko fakty sa prawdziwe. Wiecej! Wierzę, że wszytkie uczucia są prawdziwe.&lt;br /&gt;To się pewnie nazywa skrajnym subiektywizmem. I całe szczeście i chwalić Pana Boga za taką piekną radykalną nazwę.&lt;br /&gt;Tak, zdecydowanie wyznaje tę wiarę. Wierzę w uczucia, w ich niezaprzeczalność. Cokolwiek powstaje w człowieczym systemie emocjonalno-myślowym niesie bogactwo rzeczywistości. Cokolwiek tam powstaje ma przyczynę i przynosi skutek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy doczepisz sobie skrzydła, albo po prostu pomedytujesz, pośnisz, kiedy rozum wywróci się na lewą stronę z jego schematami, albo utkwi w najprostszym paradoksie życia, wiara w przyczynowość uczuc, ich wewnętrzna logikę zmienności zaczyna być pomocna. Paradoks objaśnia się w równaniu z n-tą liczbą niewiadomych i liczba PI jako jedyną daną.&lt;br /&gt;Wierzę tylko w niawiarygodne bzdury. Taką mam zasadę bycia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1240302008594758229?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1240302008594758229/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1240302008594758229' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1240302008594758229'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1240302008594758229'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/01/this-i-believe-wwwthisibelieveorg.html' title='This I believe.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SWeB1RRVfmI/AAAAAAAAAi0/x3y265LjysU/s72-c/P1020983.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3300531575786253879</id><published>2009-01-05T05:02:00.000-08:00</published><updated>2009-08-12T09:37:28.943-07:00</updated><title type='text'>O miastach, troche.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sa3Ee0tIkpI/AAAAAAAAAlA/eoMJTuK1qSw/s1600-h/P1030110.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sa3Ee0tIkpI/AAAAAAAAAlA/eoMJTuK1qSw/s320/P1030110.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309115569562751634" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Polska nic sie nie zmienila. Wyglada mlodo i kwitnaco.&lt;br /&gt;Zaskakujaca czystosc ulic. Brak chaosu.&lt;br /&gt;To byla zdecydowanie wyprawa historyczna. Odkopywanie z pamieci dat i nazwisk polskich przywodcow, bitew, jezykow. Gdzie jest Polska na mapie 19-wiecznej Europy,  nie moge jej znalezc? - mowil moj maz. Ja tez jakos nie moglam.&lt;br /&gt;Wtedy kiedy Ameryka dojrzewala do bycia soba, nas juz nie bylo. Fascynuja zmiennosc  polskich drog, niestabilnosc granic i ich zawartosci. Pytania o tozsamosc - gdzie jest?,bardziej  na Wschodzi, czy na Zachodzie? Dowody, co krok,na jedno...lub drugie. Tozsamosc srodkowo-europejska, zmieszana, wysokogatunkowa mieszanka wielosci i roznorodnosci historycznej.&lt;br /&gt;Douglas nazwal moje rodzinne miasteczko - starozytnym. Chyba Ci sie pomylilo - mowie - moze masz na mysli "sredniowieczne"( choc to tez, w obliczu kamieniczek odbudowanych po drugiej wojnie, nie za bardzo estetycznie poprawne epitet). Nie, on mial na mysli starozytne - ot, spojrzenie amerykanina.&lt;br /&gt;Zobaczylam Polske inaczej. Przez pryzmat romantycznosci, przez oczy nieprzyzwyczajenia. Piekna i strasznie plaska. I pusta. Miejscami.&lt;br /&gt;Sandomierz i Krakow w grudniowej krasie. Zimno. Przepieknie. Brakowalo mi tych uliczek w Nowym Yorku i w Bostonie.&lt;br /&gt;Nowy York to osobna historia. To ewenement, arcyprzeludzka kreacja, do ktorej nic nie jest podobne, ktora zaskakuje brakiem tozsamosci. Nowy York jest jak postmodernistyczny pomnik, uporzadkowany chaos, uzyteczny smietnik wszystkiego. Logiczna konstrukcja ulic, przejrzysty plan zabudowy, przewidywalnosc numerow, dlugosci, wartosci nad poziomem i pod poziomem morza. I zasadzka za kazdym rogiem. I zagadka na kazdym pietrze. Dziwadlo. Wydaje mi sie, ze Nowy York jest jak wszechswiat. Naukowcy badaja tego stwora, probujac zrozumiec, jakimi zasadami sie rzadzi. Odkrywaja prawa i reguly. Ich nastepcy udowadniaja falszywosc twierdzen poprzednich i wprowadzaja wlasne. Tysiace publikacji, miliony spotkan konferencyjnych. Praca w laboratoriach, liczne eksperymenty  kazdego dnia przyblizaja nas do odkrycia istoty tego kosmiczego nieladu. Ale on jakos sam z siebie, na mocy wewnetrznej swej dynamiki, z pradem rzeki Hudson, wymyka sie jeszcze raz uszeregowaniu.  Zostawmy go samemu sobie, zostawmy w spokoju miasto, ktorego szczury nie boja sie samego Pana Boga i gryza go po pietach na najwyzszych pietrach wiezowcow.&lt;br /&gt;Ale Boston? Boston nie jest skoncentrowany, rozprasza sie, rozplywa zaraz za granica rzeki. I wydaje sie, ze tam juz niczego nie  ma. A tam i Cambridge z pieknymi budynkami Harvard University  i Samerville ze smiesznymi kolorowymi chatynkami "bab Jag", i Watertown z rzeka posrodku. Financial District wyznacza linie horyzentu, jak sie patrzy od strony oceanu. Ale to taki typowy amerykanski makijaz - wybielone, rowne zeby wiezowcow, wyciagniete rzesy swiatel, gruba warstwa fluidu podkreslajacego to co wysoko, zeby nie zagladac w katy, zeby nie widziec zakamarkow - porysowanych, brudnych, zmarznietych. Jest tez przepiekna Back Bay z zaczarowanymi kamieniczkami ze schodkami. Swiatla laterni gazowych, za ciemne na nowoczesne miasto. I Boston Common z tysiacem kwiatow na wiosne, wysokimi platanami i klonami.  A jednak brak mi prawdziwego miasta, z Rynkiem, ze sklepami wokol, z logicznym planem uliczek i parkow. Brak mi jasnosci przekazu w Bostonie. Moze dlatego jest taki poplatany, zagadkowy, ze jego potezna czesc stoi na piasku, na wodzie, w zatoce, ktora dla lepszej perspektywy i komunikacji zasypano?&lt;br /&gt;A tymczasem pozlacana kopula Katedry Wewelskiej nie zrobila na mnie zadnego wrazenia - Massachusetts City Hall ma podobna kopule. Za to dzwon Zygmunta wiekszy od Liberty Bell, czczonego niemal jak bostwo. Widok z wiezy ratusza moze przepiekny, ale po wizycie na Empire State Building, albo chocby moim domowym, bostonskim  Prudencial Center, anihiluje wszystkie inne  "panoramy miasta". Za to widok Barbakanu i Bramy Florianskiej w porannej grudniowej mgle - wielki znak zapytania, amerykanie nie zdolali nawiezc niczego takiego do siebie. Nie wspominajac o Ratuszu w Sandommierzu - tajemnica, zagadka, budowla  kosmiczna.&lt;br /&gt;Douglas chcial zobaczyc cmentarz - bo taki inny, taki zbudowany. Chodzilismy w Boze Narodzenie po sandomierskich cmentarzach. Z pawelskiego widok Sandomierza odmraza serce. Uwielbiam w moim malym miasteczku to, ze gdy sie przymknie oczy, zmruzy je na chwile, mozna zamienic Sandomierz  na miasto wloskie, albo hiszpanskie, albo francuska prowincje.&lt;br /&gt;Jednym z niezwyklych atrakcji dla mojego meza byl  cmentarz zolnierzy radzieckich -  no tak, wychowal sie w kraju, w ktorym "Pravda", byla zrodlem wszelkiego klamstwa. ..&lt;br /&gt;Imie Skopenki zapisal w swoim notatniku, chce sie dowiedziec o nim wiecej.&lt;br /&gt;Krakow zapiera dech, Sandomierz zacheca do drzemki.&lt;br /&gt;Moj amerykanski maz chodzi teraz dumny w koszulce z bialym orlem. Ja jokos nigdy nie pokusilam sie o zalozenie bluzeczki z serduszkiem pomiedzy slowami "I" i "New York".&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3300531575786253879?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3300531575786253879/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3300531575786253879' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3300531575786253879'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3300531575786253879'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2009/01/o-miastach-troche.html' title='O miastach, troche.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/Sa3Ee0tIkpI/AAAAAAAAAlA/eoMJTuK1qSw/s72-c/P1030110.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1291842314349991503</id><published>2008-12-15T09:19:00.000-08:00</published><updated>2009-03-26T08:01:24.397-07:00</updated><title type='text'>K jak krytyka</title><content type='html'>Wracam do alfabetu.&lt;br /&gt;Krotko o krytyce.&lt;br /&gt;Szczescie jest "robota wewnetrzna". Jest takim samym osiagnieciem jak zdobycie dobrego wyksztalcenia, nauczenie sie paru jezykow, dobra i lubiana praca, udany zwiazek intymny itd. Nieszczescie i zgorzknienie jest "robota wewnterzna".&lt;br /&gt;Krytyka bylasz (jest) moja bronia - dla polepszenia sobie humoru - ironia; dla dobitnego ukazania mojego stanowiska - cynizm. Tak sobie jechalam na wozkach krytyki, bo dla przecietnie inteligetnej osoby to transport latwo dostepny i "wierny". Zdecydowanie pozwala zamaskowac i przyozdobic, uatrakcyjnic i wyidnywidualizowac.&lt;br /&gt;Az nagle odkrylam, ze ironia i cynizm rania, ze krytyka moze dekonstruowac niepozytywnie, jest rodzajem kontroli jedej jednostki nad druga. Wyrazanie "wlasnej opinii" jest konieczne i wartosciowe, ale cynizm do niczego sie nie przydaje. Jest bronia obusieczna - wkreca i wzera sie w serce krytykujacego zjadajac jego ludzkosc i empatycznosc. Nietschego - "Gdzie nie mozna kochac, tam nalezy mijac" - wzielam sobie do serca, ludzkiego, nie arcyludzkiego, moze nawet bardziej niz " kto pierwszy jest bez winy..."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Antyteza krytyki jest akceptacja. Obecnosc akceptacji jest odwrotnie proporcjonalna do obecnosci krytyki. Obecnosc akceptacji jest wprost proporcjonalna do obecnosci szczescia. Im wiecej zgody na swiat taki jaki jest, im mniej negatywnych mysli i slow, tym lzej, tym spokojniej, tym szczesliwej mija sie swiat.&lt;br /&gt;A jesli nawet na swiecie sa zli ludzie, brzydkie przedmioty i niezgodne z prawda opinie i informacje - to co? To co? To nie moja sprawa.&lt;br /&gt;Szczescie jest robota wewnetrzna.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1291842314349991503?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1291842314349991503/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1291842314349991503' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1291842314349991503'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1291842314349991503'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/12/k-jak-krytyka.html' title='K jak krytyka'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3857942502339510011</id><published>2008-12-10T13:51:00.000-08:00</published><updated>2008-12-10T13:55:46.760-08:00</updated><title type='text'>Dwa koscioly, dwa domy, dwa swiaty</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SUA60jFSexI/AAAAAAAAAiE/lxX0BC81gs4/s1600-h/S7301548.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 320px; height: 214px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SUA60jFSexI/AAAAAAAAAiE/lxX0BC81gs4/s320/S7301548.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5278283437723253522" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Deszcz, snieg, szarobura rzeczywistosc trzesie sie z zimna.&lt;br /&gt;Jestem pewna, ze ludzie zeby przetrwac ten pochmurny czas potrzebuja jakiegos pocieszenia, jasnej i cieplej perspektywy swiat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym roku czekam na Boze Narodzenie bardziej niz kiedykolwiek. Po ponad rocznej nieobecnosci w kraju zobacze sie z rodzina i wszyscy spotkamy sie w Sandomierzu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znowu wieczorem, w blasku latarni, jak w blasku swiec zobacze moja ulubiona katedre, kosciol Najswietszej Marii Panny w Sandomierzu.&lt;br /&gt;Tak wiem, nie jest to najpiekniejszy budynek na swiecie, gotycka trojnawowa bryla bazyliki nie jest wyjatkowa. W czasie kiedy powstala budowano mnostwo takich kosciolow – cegla, kamien, wieza, spadzisty czerwony dach.&lt;br /&gt;Za to gdy wejdzie sie do srodka...Nie ma chyba drugiej bardziej "makabrycznej" swiatyni na calym swiecie. 12 obrazow z meczenstwem mnichow tworzacych tzw. „Kalendarium”, meczenstwo Sandomierzan, meczenstwo dominikanow, rytualny mord zydowski, wysadzenie zamku przez Szwedow. Wiesc niesie, iz widz znajdujac opowiedni obraz i mnicha obok, ktorego znajduje sie dzien jego urodzin, moze  zobaczyc rodzaj swojej smierci. Brrr. Kosciol na pewno zapada w pamiec wszystkich, ktorzy chociaz raz mieli okazje go go zobaczyc.&lt;br /&gt;Spedzilam tu dlugie godziny. Miejsce to krylo dla mnie tajemnice, magicznie przyciagalo i uzdrawialo. Kazdy jako dziecko, czy nastolatek ma taki zakatek, w ktorym lubi poplakac lub przemyslec powazne decyzje, w ktorym czuje sie bezpieczny. Moim miejscem byla Katedra. Szlam tam „po porady”, cicha modlitwe, medytacje, skupienie. Przed egzaminem do liceum, przed matura, przed egzaminem na studia…Letnie koncerty organowe byly czasem „lekcji wyobrazni” – tak to nazywalam. Siedzac w lawce i sluchajac muzyki przychodzily mi do glowy najbardziej niesamowite pomysly, malowalam w glowie opowiesci, obrazy, szkice.&lt;br /&gt;Dawno, dawno temu, kiedy mialam lat trzynascie przez pomylke zostalam w kosciele „uwieziona”. Po niedzielnej mszy „zaspalam” w lawce i po jakims czasie zorientowalam sie, ze jestem sama. Chwile pozniej odkrylam, ze zarowno drzwi do nawy glownej jak i te boczne, sa zamkniete. W ten sposob poznalam kazdy zakamarek Katedry. Jako trzynastolatka wierzylam, ze musi byc jakies tajemnicze, ukryte wyjscie. Czy sie mylilam? Czy znalazlam skarb, odkrylam sekret? – to moja slodka tajemnica.&lt;br /&gt;Od tamtej pory czulam sie w katedrze sandomierskiej jak w domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;      Rok temu swieta spedzalam w Bostonie. Kolacje wigilijna zjadlam w McDonaldzie. Nie bylo spiewania koled, nie bylo choinki, nie bylo widoku katedry sandomierskiej o zmroku. Slowem, nic nie przypominalo mi tego uroczystego czasu w Polsce. Po tym wstepnym komercyjnym akcencie, moj maz i tesciowa postanowili pokazac mi jednak inny wymiar, odslonic kawalek duchowosci. Wybralismy sie do Trynity Church – jednego z najstarszych kosciolow w Bostonie, ba, w calej Ameryce.&lt;br /&gt;      Bylo juz ciemno kiedy stanelismy przed budynkiem swiatyni. Ludzie tupali nogami, rozcierali zmarzniete rece. Ostry wiatr znad oceanu chlostal policzki.&lt;br /&gt;      Kosciol jasnial w ciemnosci. Moglam podziwiac jeden z pierwszych obiektow w stylu neoromanskim. Kamienno-ceglany budynek na planie krzyza odbijal sie w szklanych oknach wiezowca. Pod ziemia podtrzymuje go 4500 drewnianych pali, gleboko wkopanych w ziemie. Dawno, dawno temu byl tu ocean, a raczej mokradla odoceaniczne. Ziemia wciaz grzaska, gliniana nie byla najlepszym gruntem na ciezkie budowle. Nawieziono tony ziemi, wbito w nia pale, postawiono wiezowce i koscioly. Kiedy pierwszy raz uslyszlam ta historie przypomnialy mi sie opowiesci o obsuwajacej sie ziemi w Sandomierzu, o tych wszystkich probach umacniania skarpy, o panu przed kioskem na Starowce, ktory pewnego dnia znikl z powierzni. Trinity Church wydaje sie stac pewnie na swoich licznych drewnianych nogach. Jest to jedyny kosciol na liscie 10 najwazniejszych zabytkow w USA wybranych przez Amerykanski Instytut Architektury Z zewnatrz wyglada jak "podrobka" czegos co  mozna zobaczyc w Europie, bogata i lekko przesadzona makieta. Nierowna kamienno-ceglasta bryla z licznymi wiezyczkami i podcieniami pokryta czerwona gliniana dachowka. Nie jest to na pewno surowosc i oszczednosc europejskiego stylu romanskiego. Wnetrze nieco zaskakuje pustka. Jakby cala wyobraznia i pelnia  skupila sie na formie bryly. Jedynym wystrojem sa okienne witraze i zloto oltarza. Witraze maluja kosciol kolorami swiatla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  Siadlismy w lawce. Chor koscielny cicho spiewal jakies nieznane mi koledy.&lt;br /&gt;  Po raz pierwszy bylam w swieta daleko od domu, po raz pierwszy w obcym  kosciele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Msza zaczela sie Cicha Noca – tym rozpoznawalnym na calym swiecie utworem muzycznym. Potem ksiadz - kobieta, bo bylismy w kosciele episkopalnym, zaczela swoje kazanie: „Witam. Witam tych, ktorzy sa tu po raz pierwszy, tych, ktorzy schronili sie tu przed zimnem tej grudniowej nocy…” - powiedziala.&lt;br /&gt;Wydawalo mi sie, ze mowi do mnie, ze to kazanie jest specjalnie dla mnie.&lt;br /&gt;Mowila  o domu, o tym  ze sciezki do niego wiodace bywaja zasniezone i nie jasne, ze czasami zanim dotrze sie do miejsca, ktore mozna  nazwac domem, miejsca spokoju i bezpieczenstwa, musimy przebyc dluga i niebezpieczna podroz. Oczywiscie ta podroz to nasze zycie, oczywiscie ten dom to miejsce zycia wiecznego, metafory sa jasne i czytelne. Ale w tamtym momencie patrzylam na to z mojej ziemskiej perspektywy. Oto bylam daleko od Polski, daleko od moich rodzicow. Oto podjelam decyzje zalozenia tutaj wlasnej rodziny, podjelam decyzje o zostaniu w Ameryce. Oto uslyszalam, w dniu wigili bozonarodzeniowej slowa: witaj w domu.&lt;br /&gt;Rozplakalam sie.&lt;br /&gt;Na koniec swojego pieknego kazania o zyciu jako drodze do Boga, do domu, pastorka odczytala wiersz Mary Oliver, poetki z Nowej Anglii:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W drodze do domu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest cos takiego&lt;br /&gt;w ciezkim od  sniegu  niebie,&lt;br /&gt;zima,         &lt;br /&gt;poznym popoludniem,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;co w sercu budzi pewnosc, uniesienie,&lt;br /&gt;slodka czasu nieistotnosc.                     &lt;br /&gt;Kiedykolwiek dotre do domu – kiedykolwiek-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ktos, kto mnie kocha, bedzie tam. (…)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obojetnie gdzie jestem -&lt;br /&gt;w muzyce, w slowach,&lt;br /&gt;w pozarach mojego serca,&lt;br /&gt;zamieszkuje doglebnie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to pozbawione imienia, niepodzielne miejse,&lt;br /&gt;ten swiat,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;chylacy sie teraz ku upadkowi,&lt;br /&gt;caly bialy i dziki&lt;br /&gt;pelen wiary, ktorej nie da sie wyrazic,wyobrazic,&lt;br /&gt;wypowiedziec w najglebszej nawet modlitwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bez obawy, wczesniej czy pozniej, dotre do domu.&lt;br /&gt;Z czerwonymi od wiatru i mrozu policzkami,&lt;br /&gt;bede stala przed drzwiami&lt;br /&gt;przytupujac nogami i rozcierajac rece,&lt;br /&gt;moje ramiona otulone gwiazdami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3857942502339510011?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3857942502339510011/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3857942502339510011' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3857942502339510011'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3857942502339510011'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/12/dwa-koscioly-dwa-domy-dwa-swiaty.html' title='Dwa koscioly, dwa domy, dwa swiaty'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SUA60jFSexI/AAAAAAAAAiE/lxX0BC81gs4/s72-c/S7301548.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-8491812694477839194</id><published>2008-11-16T16:24:00.000-08:00</published><updated>2008-11-25T09:51:12.767-08:00</updated><title type='text'>Zielona Karta</title><content type='html'>14 listopada zostalam oficjalnie pasowana na resydenta Stanow Zjednoczonych. Przyznano mi kawalek plastiku z moim imieniem i nazwiskiem oraz nowym stanowiskiem we wszechswiecie : resident of the United States of America.&lt;br /&gt;Zycie wciaz mnie zaskakuje. Czegos takiego bym sie nie spodziewala. Rezydent kraju przekletego, rezydent komercji zywej, wygody sprowadzonej do zycia w wymiarze kanapy i telewizora?&lt;br /&gt;Hmm. Postanowilam na wlasny uzytek podkreslic inny aspekt: jestem rezydentem kraju stworzonego dla ludzi i przez ludzi. We the people...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-8491812694477839194?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/8491812694477839194/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=8491812694477839194' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8491812694477839194'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8491812694477839194'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/11/zielona-karta.html' title='Zielona Karta'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2708725990279655108</id><published>2008-11-05T05:23:00.000-08:00</published><updated>2008-11-12T17:36:45.741-08:00</updated><title type='text'>Zmiana.</title><content type='html'>Obudzil mnie w srodku nocy krzyk: OBAMA!  Kilka minut pozniej ulica byla pelna mlodych ludzi,  skandujacych imie nowego, 44 prezydenta Stanow Zjednoczonych. Bebenki, przeszkadzajki, dzwonki. Poczulam, bardzo wyraznie jak kola historii skrzypia, staja, przeskakuja jakies sprezyny.  Przypomnial mi sie inny dzien, dawno temu w Polsce, w czerwcu 1989. Idac ulica patrzylam na twarze ludzi, ktorze wierzyli, ze moga cos zmienic - tym razem. Wpatrywalam sie w bialy plakat z trzema slowami: Musimy wygrac. Solidarnosc. I podpis czlowieka, ktoremu ludzie zawdzieczali  nadzieje - Lech Walesa.  To co czuje od paru miesiecy, co unosi sie w powietrzu i nasyca ludzkie umyslu to takze nadzieja, to wiara, ze jeszcze wszystko jest mozliwe.&lt;br /&gt;To nie byly zwyczajne wybory. Bo czasy staly sie wyjatkowe i czlowiek, ktory startowal jako kandydat Demokratow jest absolutnie wyjatkowy. Ameryka potrzebowala przewodnika.&lt;br /&gt;Barack Husain Obama ma  wizje i nieprawdopodobna charyzme. Kiedy zostal nominowany oficjalnie na kandydata Demokratow na prezydenta Stanow Zjednoczonych jego godzinnego przemowienia sluchalam z napieciem i lzami w oczach. Nie nudzi. Moduluje glos, wybiera slowa klucza, akcentuje zdania, umie utrzymywac uwage. Jego osobista historia , droga do prezydentury , od chlopaka, wychowujacego sie bez ojca, zarabiajacego samodzielnie na siebie, swoje calkiem pokazne wyksztalcenie,  bez "politycznych plecow", ktory szybko wspinal sie po stopniach politycznej kariery, ktory tylko jedna  kadencje byl senatorem i szybko z tej pozycji, zapragnal zostac prezydentem, to calkiem imponujaca historia. Inteligentny, wspolczujacy, otwarty na wielosc, roznorodnosc. To czlowiek, ktory powiedzial do ludzi, ktorzy nie glosowali na niego: I hear you too.&lt;br /&gt;Ameryka wczoraj byla w goraczce. Mialam wrazenie, ze obserwuje pokojowa rewolucje, ruch spoleczny. Nie - dla wojny, nie - dla przywilejow dla najbogatszych, nie - dla nadmiernej eksploracji srodowiska. Tak - dla pokoju, tak - dla ludzi, ktorym czasami trzeba podac pomocna reke, tak dla srodowiska.&lt;br /&gt;Zmiana, w ktora ludzie tak bardzo chca wierzyc.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2708725990279655108?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2708725990279655108/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2708725990279655108' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2708725990279655108'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2708725990279655108'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/11/zmiana.html' title='Zmiana.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5309195130607280127</id><published>2008-10-26T17:50:00.000-07:00</published><updated>2009-08-12T09:34:12.454-07:00</updated><title type='text'>Proba opisu, deskrypcji- czas dzienny, czas nocny</title><content type='html'>Poranki i wczesne popoludnia spedzalam czesto w Kolorach. Adresu nie pamietam dokladnie. Oczywiscie Plac Nowy, oczywiscie Krakow.&lt;br /&gt;Kolory powstaly jako drugie lub trzecie. Po Singerze. Po lub przed Alchemia. Zupelnie bym sie po sobie nie spodziewiala, ze zostane w tym miejscu. Po wielu latach w mrokach ciemnozielonych kotar, po swiecach, bordowonieokreslonych tapetach, Kolory byly jakies takie zdrowe, jasne, swieze i ... kolorowe. Trzy jasne szklane drzwi, czasami powiewa jakis plakat - wystawa fotografii, wystawa obrazow, koncert. Przestrzenne pomieszczenie z roznobarwnymi sliskimi kwadratami na podlodze.&lt;br /&gt;Gdzie jest styl bohemy, gdzie jest mrocznosc braku przyszlosci? Cicho spi jeszcze pijana w barlogach na poddaszach, w brudnych poscielach w ciemnych kazimierzowskich kamienicach, choc siwy dym dawno juz uniosl sie nad Placem, wolno przemiescil w strone Wisly, na chwile zatrzymujac sie nad Wawalem i Kosciolem na Skalkach i troche szybszym krokiem zmierzal wlasnie w strone Tynca.&lt;br /&gt;Sciany w Kolorach wylepione sa plakatami z Paryza, bo Kolory sa paryskie, bo Kolory maja w nazwie Le, bo kolory maja swoja legende zalozycielska o parze, ktora wyjechala, spedzila i postanowila ulokowac kapital. Piosenka francuska, a moze jakis Jacques, jakis Brell pomyslisz, ale sie mylisz. Tutaj jest Kolorowo, tutaj raczej spiewac bedzie dama, katarynka sie kreci, nutki podskakuja. Pachnie kawa, rogaliki i dzemiki.&lt;br /&gt;Jesli na prawde nie masz co robic, mozesz nawet czytac te plakaty - slawa jednej nocy, wystawa dwoch popoludni, wernisaz na trzy niedziele oraz sztuka jednego aktora i dwoch polnagich kobiet w pantalonach. Kabareeee...Oczywiscie. La coleur, de la rouge. Francuski piesek przywiazany do nogi stolika.&lt;br /&gt;Swiatlo. Zdecydowanie Kolory mialy swiatlo. Nie tylko duze szklane drzwi, ale kolorowe lampki na stolikach, kolorowe jarmarki swiatla z zarowki. W pochmurne dni - rarytas. I wifi, dostep do internetu. Dru-gi ra-ry-tas.&lt;br /&gt;I kawa, la or le cafe o'lait albo latte, ta nawet bardziej. W wysokiej szklance, z prawdziwymi warstwami do obserwowania, z ciasteczkiem. Maslanym lub z cukrem. Kawa z pianka, prawdziwa, sztywna, zgestniala. Bez tej rzadkosci z dziurami z powietrzem, ktore mozna sobie zrobic w domu ubijajac mleko "recznie". Do pelni z najpelniejszych szczesc brakuje jeszcze jednego elementu - gazety. Wybieram piec, szczesc tytulow, pare dziennikow, kilka magazynow. Zaopatrzona moge w koncu zaczac swoj dzien. Juz byl piekny, juz byl szczesliwy, moglo byc tylko lepiej. Na stole ladowal jeszcze moj notatnik, tak na wszelki wypadek, gdybym chciala cos zapisac, gdybym cos ciekawego uslyszala. Tutaj spedzam nastepne pare godzin mojego cennego zycia. Bo nic innego nie mam do roboty. Wsrod pedzacych do pracy, pracujacych w Kolorach, sasiadach na kawie i papierosiku, wsrod spotkan biznesowych, spotkan w miedzy czasie, w czasie przerwy, wczesny lekki lunch, siedzialam niewzruszona. Latte saczona przez kilka godzin, zimna, nawet okruszka po ciasteczku.&lt;br /&gt;Historie romansow mieszaly sie z francuska muzyka, historie bledow w pracy, stukaly o dno filizanek, ciaze i ich rozwiazania, pare lekcji angielskiego, pare francuskiego. Czasami widzialam studentow prawa, czesto tych z niedalekiej psychologii. Wyobrazalam sobie, ze tacy jak ja, jesli w ogole istnieli, nigdzie nie chodzili, uczyli sie porzadnie, bez rozdrabniania sie w kawach, w ciasteczkach z dziurka lub bez. Pewnie byli w tym czasie na uczelni i odkrywali logike w jezyku, lub jej rozmycie, tak w ogole, zwlaszcza w czasach dziesiejszej ekonomii, zwlaszcza w czasach dziesiejszej fizyki niepewnosci.&lt;br /&gt;Rezyser tlumaczyla swojej aktorce jak to jest byc w ciazy, jak to jest ciaze stracic, aktorka tlumaczyla innej aktorce jak to jest stracic rodzicow, jak to jest byc w bolu, a jak wyrazac rozkosz - musisz byc glosna, musisz byc niemal histeryczna. Zapisalam te uwage w dzienniczku. A noz pewnego dnia trzeba tez bedzie rzecz odegrac.&lt;br /&gt;Cicho sprzedawane telefony z rynkow zachodnich i soczewki kontaktowe z USA. Bez ryzyka. Zaczynalam myslec o tym jak ten szmal bez ryzyka i ja moge zrobic. Pustka przychodzila do glowy. Siedzialam przy stoliku nasytepnych pare godzin, patrzac jak innym pieniadze wpadaja do kieszeni, jak wypadaja, jak plyna strumieniami, do ktorych ja nie moge wejsc. Czasami zastanawialam sie dlaczego nie jestem w tym nurcie, dlaczego "oni" nie chca byc na moim miejscu. Bylam w Kolorach, przy mojej zimnej latte i pustce po ciastku z dziurka (pustka dodatkowa) lub bez. Szczesliwa. Otwarty notatnik, pare gazet nawet nie zaczetych, kolore obrazki do obejrzenia na scianach. Po jakims czasie stalam sie w Kolorach regula, jedna z regul. Nie wiem, czy ktokolwiek tam uswiadomil sobie moja codzienna poranno-wczesno-popoludniowa obecnosc. Dla mnie byl to jeden z niewielu rutynowych momentow, ktore zawsze bede holubic w pamieci. Bo o rutyne ciezko w zyciu podroznika niestabilnego.&lt;br /&gt;Kiedy zapadal zmrok nie moglam juz byc w Kolorach. Wzywala mnie mroczna strona mocy. Kiedy dzieci juz grzecznie spaly w swoich domkach, kiedy zdrowa czesc spoleczenstwa siedziala skrecajac sie w bolach zazdrosci przed telewizorem, kiedy studenci mogli dorobic praca w jakiejs knajpie, kiedy moi rodzice utuleni przez niewiedze slodko pochrapywali, a moja siostra pewnie czytala ksiazke, wtedy wyruszalam na nocna wyprawe po przygaszone doswiadczenia, pod ciemna gwiazde, po smierdzace runo.&lt;br /&gt;Singer - czas nocny. Inny zestaw swiatel i napitkow. Inny zestaw lektur i ludzi. Ten sam Plac, to samo miasto, ten sam rytualny czas.&lt;br /&gt;W godzinie poznonocnej przedzieram sie przez ciemnozielone kotary. Ciemnosc w srodku rozjasniona punktami swiec. Pierwsza sala - trzy stoliki, maszyna do szycia spelniajaca role czwartego, lustro odijajace nikle pomaranczowe swiatla. Miekki dywan. Wrazenie wkroczenia do cudzego domu, mieszkania babci. Na scianach ciemne grafiki singerowego artysty oprawione w ciezkie drewniane ramy okienne. Za oknem, za szyba cienie postaci z ciemnej wyobrazni pozbawionej nadziei. Twarze, zarysowne czarna kreska na czarnym tle, czarna sukienka kobiety uciekajacej z ciemnosci w ciemnosc. Ciemne stoliki, krzesla pochodzace z innych momentow przeszlosci. Zniszczone przez czas, totalnie bezwartosciowe. Z tego piekielnego przedsionka przechodzi sie do sali glownej. Pod jedna ze scian, z duzym lustem ( kiedys zbitym przez kogos z moich znajomych) dwa singerowe stoliki, duzy stol okupujacy przestrzen pod obrazem, dwa kolejne okragle starocie z nadmiarem kszesel i bar, ktory kiedys byl kredensem, ale dawno przestal nim byc. Nadmiar lakierow, farb - niewidoczny noca. Kredens polyskuje wesolo w swieczkach, szkle butelek oferujacych dobra zabawe, zapomnienie i depresje dnia nastepnego. Lampa z czerwonym abazurem. Lampa z bialej porcelany: barkowe igraszki dwoch panienek w pantalonach i falbanach oraz chlopaczka lapiacego ich za cycki, za zmanierowane pupy. Na porcelanie mozna bylo czasami dostrzec rumience podniecenia. Spedzilam godziny gapiac sie na ta lampe, poszukujac w niej sensu wszystkiego. Czasami wydawala mi sie sednem wszechswiata. Okna w Singerze przez wiele lat zamalowane byly czarna farba, knajpa otwierala sie jakby sama z siebie tylko wieczorem i zamykala sie nad ranem, niewolac tych, ktorzy ociagali sie z opuszczeniem swiata ciemnosci i moralnego niepokoju. W trzeciej sali dla mrocznych spiochow metalowe lozko, z ostrymi sprezynami, nacinajacymi ciemnosc i kazda probe milosci.&lt;br /&gt;Muzyka nasila sie wraz z rozwojem nocy i wybuchala z cala sila po polnocy - jazz w roznych odmianach, jazz w kazdej postaci, jazz ze starej plyty, jazz z Village Vanguard, jazz blakajacy sie po Montmartre.&lt;br /&gt;Zapach papierosow przenika sciany wytapetowanej w bordowo-zielone wzory. Zapach paierosow przenika prosto do twoich kosci. W Singerze musi sie palic, duzo, duzo - papierosy wyplywaja z popelniczek i tocza sie po podlodze, wypalajac dziury w dywanach. Zaczynam swoje nocne zycie od rozowego martini, czasami z sokiem pomaranczowym. Nie mozna skonczyc wieczoru po godzinie. Ludzie przyplywaja i wyplywaja. Jak na placu boju, pozostaja najsilniejsi, najbardziej upici. Mozemy bredzic o filozofii w nie-filozofii, bawic sie ze slowami i z ich brakiem. Bez sensu blakac sie bez porozumienia we wspolnej przestrzeni, w ktorej nikt nikogo nie spotyka, bo ludzie ulepieni sa z leku i pustki, ze strachu i nadzieii zabijanej mocnym alkoholem.&lt;br /&gt;Czas nocny, w tancu, w rozmowach, w majaczeniach, w plomieniach zapomnienia ciagnie sie do rana, do czasow wstawania mgly z nad rzeki. Czas nocny jest czasem zabijania czasu.&lt;br /&gt;Inni ludzie w nocy spali w swoich mieszkaniach, moje zycie zasypialo w ciemnosciach Singera.Nie moglam spac inaczej.&lt;br /&gt;Czas dzienny - Kolory, czas nocny - Singer.&lt;br /&gt;Czasy minione.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5309195130607280127?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5309195130607280127/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5309195130607280127' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5309195130607280127'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5309195130607280127'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/10/proba-opisu-deskrypcji-czas-dzienny.html' title='Proba opisu, deskrypcji- czas dzienny, czas nocny'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1173455241238510977</id><published>2008-09-29T09:28:00.000-07:00</published><updated>2008-10-01T09:46:06.561-07:00</updated><title type='text'>Jesien</title><content type='html'>Dzisiaj odkrylam jesien. Jest. Plynie. Zlotosc i czerwonosc powoli urozmaicaja krajobraz, nadajac swiatu cieply, niewinny wyglad. Powietrze juz nasycone jest chlodem ale jeszcze nad ziemia, nad gromadami slimakow i brygadami swierszczy, wisi bezpieczny parasol wilgotnego ciepla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potok zupelnie osobistych nie logicznych skojarzen: jesien, mglistosc, cieplo w domu, kocyk i herbata, zapachy:ciasta, swiec, cytryny, szkola, bezsenne noce z ksiazke, wieczorny przenikajacy chlod, kiedy stoi sie kolo Katedry i pali papierosa, pierwszy pocalunek, swieto wspomnien, swieto myslenia o przeszlosci, swieto obawy przed przyszloscia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesien moja ulubiona. Jesien - codzienne swieto "zmiany" - ulubionego slowa, ulubionego boga, ulubionej rzeczy!&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Jesien jest dla mnie pierwsza - jest jak fundamnt , przeszlosc rehabilitowana w swietle swiec. Od jesieni zaczyna sie droga pod gore, do czasu kiedy spadnie snieg i obdarzy nas rodzinnym alleluja. Jesien to samotnosc indywidualnej drogi, na ktora czekalo sie cale lato, to czas samodzielnych wedrowek literackich, sensorycznej samotnosci. Jesien jest jak ciezkie doswiadczenie zyciowe, pozwala spojrzec na wszystko z nowego punktu widzenia, na nowo ocenic sytuacje. Jest jak medytacja, w ktorej nagle uswiadamiasz sobie swoje - tu i teraz. Oto jestem w magicznym krajobrazie kolorow, w przyrodzie wlasnie zdychajacej, w srodku swiata. Najwieksza zmiana jaka rodzi sie w sercu, po beztroskim lecie, jest odczuwalna potrzeba przetrwania. Nie bedzie latwo, nie da sie tak po prostu, trzeba o siebie zawalczyc, trzeba sie o siebie postarac. Bo jak nie, to pochlanie nas jasnosc, ciemnosc, zimno i sztywnosc smierci.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;A oto jest technika przetrwania: &lt;/p&gt;- nalezy kupic nowe zimowe buty&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- nalezy kupic nowa zimowa kurtke&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- czapke, szalik, rekawiczki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- i kilka bardzo cieplych skarpetek i rajstop.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oraz sweter, cieply, gruby sweter NA ZIME.&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Ale...&lt;br /&gt;Jeszcze nie pora, jeszcze nie czas zeby to wszystko na siebie wlozyc; nie zdradzasz swoich planow tak od razu, nie atakujesz cala artyleria na raz. Odkladasz do szafy zapakowane w kolorowe jak liscie pudelka buty, pakujesz otulony folia jak mgla plaszcz, na gorna polke ladujesz rekawiczki, czapke i szalik. Pozostaja skarpety. Zaczyna sie od nog - zawsze! Zimno, starosc, smierc, atakuja najpierw twoje korzenie, palce, stopy. Skarpety - tak zaczyna sie batalia z chlodem, z zyciem, z przemijaniem. W tajemnicy przed swiatem i czlowiekiem, pakujesz w jeszcze nie zimowe buty skarpety - upychasz, maskujesz. 1-0 dla zycia.&lt;br /&gt;Pewnego dnia staje sie jasne, ze skarpety juz nie wystarczaja, ze zimno posunelo sie dalej, chcac zawladnac sercem. Wtedy przychodzi czas na sweter. Ale pojawienie sie swetra juz jednoznacznie osadza cie w jesieni. Nie ma juz wyjscia, nie mozna juz przed niczym uciec. Znasz to uczucie, kiedy "zolty jesienny lisc" wplatuje sie w welniany sweter - zywioly mieszja sie na twojej skorze. Pachnacy lisc smierci, witalna welna przetrwania. Esencja jesiennosci. Bo to nie smierc sie zblirza, to zbliza sie wytchnienie. Ale jeszcze o tym nie wiesz. Jeszcze trwa batalia o cieplo, o cofniecie sie do wakacyjnego czasu bez zobowiazan, do raju utraconego. Jeszcze nie godzisz sie z przemijaniem. Jeszcze to wszytsko ma sens.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Tymczasem staje sie jasne, ze sweter nie jest juz wystarczajacym grzejnikiem dla twojego ciala. W miedzyczasie skarpety zaczely domagac sie cieplyw butow. I wtedy, 1 listopada, w swieto wszystkich ludzi, bogow, diablow, aniolow, krasnali, krasnolodow, elfow, trolli i istot kosmicznych, w swieto wiwatu dla zycia, wygrywasz z chlodem - odpakowujesz swoj nowy plasz, futro, kurteczke, wciagasz dlugie buty, czapka laduje na twojej glowie jak korona, szal opatule szyje, wkladasz czyste rekawiczke. W Swieto Zmarlych wygrywasz z chlodem, wygrywasz z przeczuwalna juz nieunikalnoscia przeznaczenia, z zapachem zimy gdzies powoli saczym sie z podziemnych dolow. Swieto zmarlych jest ostatnia wygrana batalia o cieplo, o pamiec, o niezawodnosc przetrwania. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Ale pozniej, pozniej juz nie ma wyjscia. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Nowiutki plaszczyk szybko przesiaka, futerko kompletnie nie nadaje sie do codziennego uzywania, buty przeciekaja, a skorka na nich martwieje. Ale to wszystko, cale szczescie, odbywa sie juz w ciagu zimy. A od zimy do wiosny niedaleko. Zima jest przepelniona nadzieja, jak jesien przepelniona odwaga i wiara w przetrwanie. Zima jest wytchnieniem od starania sie, jest zaufaniem w niezachwiany rytm swiata.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Do zimy dzisiaj jeszcze daleko. Nie mozna po prostu bezczynnie trwac w nadzieii, dzisiaj trzeba o siebie walczyc. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1173455241238510977?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1173455241238510977/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1173455241238510977' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1173455241238510977'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1173455241238510977'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/09/jesien.html' title='Jesien'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5556828314560633085</id><published>2008-09-05T07:48:00.000-07:00</published><updated>2008-10-01T09:44:27.157-07:00</updated><title type='text'>Intuicja - wewnetrzny imperatyw</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SM1Z9tVIW3I/AAAAAAAAAdA/OhNsyb2fTps/s1600-h/DSC04396.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5245948057631611762" style="FLOAT: right; MARGIN: 0pt 0pt 10px 10px; CURSOR: pointer" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SM1Z9tVIW3I/AAAAAAAAAdA/OhNsyb2fTps/s320/DSC04396.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ze to typowe i bardzo kobiece tak doceniac intuicje? Tak wywyzszac poznanie bezposrednie, pozalogiczne, czy ponadlogiczne? Ze to zgodne ze stereotypem kulturowym i schematem interpretacyjnym? Ze od razu wiadomo, po ktorej stronie epistemologicznej sie stoi? O tak! O jednoznacznie i bezdyskusyjnie jestem od samiusienkiego poczatku garaca zwolenniczka pozaczowego procesu wiedzenia, sub-subiektywnego imperatywu wewnterznego. Jestem niepoprawna fanka irracjonalnej wiedzy i gnostycznej oczywistosci. Jestem wariatka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I mylilby sie ten, kto myslalby, ze to taka prosta droga, ze to po najmniejszej lini oporu - nic nie robisz, nie myslisz, tylko tak ufasz swojej intuicji. Bez trudu zbierania dowodow, bez dyskursu poznawczego pozwalajacego dostrzec biele i czernie roznych punktow widzenia, bez koniecznosci rozstrzygania, wybierania, ponoszenia odpowiedzialnosci. Gdybyz czlowiek byl zdolny do takiej ufnosci nie byloby tak fajnie, tak chaotycznie, tak poznawczo niepewnie. Otoz, mimo faktu mej goracej aprobaty dla intuicji jako poznania najprawdziwszego z prawdziwych i najoczywistszego z oczywistych, mialam ci ja z ta intuicja w zyciu swym bardzo wiele klopotow. Bo imperatyw wewnetrzny nie zawsze jest zgodny z logika. A logika nie zawsze jest odbierana w swej nagiej prawdzie jako perfekcyjnie wygladajaca imaginacja. Czasami perfekcjonizm racjonalnej konstrukcji jest bardziej atrakcyjny od niewinnie wygladajacej, niemal przezroczystej intuicji.&lt;br /&gt;Dostrojonie sie do intuicji, odkrycie iluzorycznosi racjonalnosci wymaga cwiczen - najlepiej ostrego treningu fizycznego. Jak sie jest badzo, bardzo fizycznie zmeczonym, a wciaz trzeba poruszac konczynami i reagowac na swiat co nie chce sie zatrzymac i odpoczac, to nie pozostaje nic innego, jak przestac analizowac. Niech samo sie poanalizuje, po dochodzi do wniosku. Niech samo sie bedzie.&lt;br /&gt;Polecam aikido.&lt;br /&gt;Matko jedyna, panie Boze, anieli wszyscy i inne istoty, ktore rozum powoli acz nieublaganie wypycha z krajobrazu ludzkosci, jakze trudno jest sluchac intuicji. Bo czasami to ona jakby nie do nas nalezala, jakby wrecz sprzeczna byla z naszym subiektywnym, naszym ukochanym, ulubionym rozumowaniem krytycznym. I niby sie slyszy ten glos wewnetrzny, niby sie widzi swiatlosc, ale rzucic sie w ta niepewnosc, bez-myslnosc, bez-krytycznosc, ej, no nie wypada, nie higienicznie, nie wiadomo, czy moralnie.&lt;br /&gt;No ale czasami nie da sie inaczej. W rozpaczy, w beznadziejnsci, gdy sie tak czlowiek przyzna sam przed soba do przegranej, gdy mu przez glowe, przez serce przemknie mysl - jestem bezsilny - jak w bajce, jak w filmie, pojawia sie pocieszyciel, czarodziej. I mowi - a przestan ze sie mazgaic niebogo, mowi- a oczka swe placzem znuzone-zamknijze, a skoncz ze juz to lajanie, kajanie, lanie lzami w te, we wte. Jestze odpowiedz na kazde pytanie - mowi. Jestze nadzieja. Posluchaj! I szepcze ci, szepcze ci tak: bzzzscccczczvxnmb,.a654njigkrtuij.&lt;br /&gt;No i wszytko jest jasne.&lt;br /&gt;Rok temu siedzialam w samolocie przenoszacym moja dusze i cialo z Nowego Yorku do Krakowa. Im bardziej samolot byl w gorze, tym bardziej moja dusza czula sie w dole, im wyzej on, tym ja wydawalam sie samej sobie ciezsza. Moja dusza wyraznie sie opierala. Po paru godzinach lotu zaczela sie nieslychanie wiercic, wierzgac kopytkami szatanskimi. Gdzies nad Atlantykiem rozryczala sie tak, ze stuardessa z chusteczkami nie nadazala. Lzy ciekly mi z oczu jak szalone, jak opetane. Kompletnie nie wiedzialam o co im chodzi, gdzie tak pedza. Nad ranem samolot wyladowal w Polsce, a ja wiedzialam, ze musze wracac, musze natychmiast wykupic bilet i wracac, skad przylecialam. Zadnej logiki, zadnego pomyslenia, zadnego procesu myslowego. Po prostu moja dusza rozpadala sie w kawalki i nie chciala juz byc razem z moim fizycznym cialem.&lt;br /&gt;Moja dusza uparla sie najwyrazniej, ze wie lepiej, gdzie jest moje miejsce. I nie jest kompletnie wazna "racja", lepszosc czy gorszosc w przypadku wyborow intuicyjnych po prostu nie istnieje. Poza moralnie, poza logicznie wtulam sie w zycie z moim imperatywem wewnetrznym. Chcialabym czesciej byc taka oczywista, taka wyraznie zdyscyplinowana w dazeniu.&lt;br /&gt;Myslenie logiczne mnie rozrzedza, decentralizuje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5556828314560633085?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5556828314560633085/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5556828314560633085' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5556828314560633085'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5556828314560633085'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/09/intuicja-wewnetrzny-imperatyw.html' title='Intuicja - wewnetrzny imperatyw'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SM1Z9tVIW3I/AAAAAAAAAdA/OhNsyb2fTps/s72-c/DSC04396.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1816461940949495943</id><published>2008-08-22T09:24:00.000-07:00</published><updated>2008-09-14T11:44:37.782-07:00</updated><title type='text'>Historia pewnej imigracji</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SM1ZROOHM3I/AAAAAAAAAc4/LVUA-AtPcck/s1600-h/P1010685.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SM1ZROOHM3I/AAAAAAAAAc4/LVUA-AtPcck/s320/P1010685.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5245947293366432626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Niektorym ludziom nie wystarcza bycie soba. Ich osobowosc pleni sie, kwitnie, paczkuje i nie moze sie wyrazic w jednym ciele, w jednej tozsamosci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pod koniec lipca ogloszono w Bostonie i na Wschodnim Wybrzezu "Amber Alert". Porwane zostalo dziecko; 7 letnia dziewczynka w rozowej sukience byla na wyszminkowanych ustach prezenterek telewizyjnych, czule otulana aksamintnym glosem reporterow radiowych. Jej rozowa sukienka migala na tablicach informacyjnych przy dziewiecdziesiatce piatce i trojce, no i w tunelach. Byl letni weekend. Juz w poniedzialek w rozowym plaszczyku usmiechala sie z pierwszych stron gazet. Obok niej, usmiechniety ojciec - Clark Rockefeller, byly doktor nauk medycznych, kolekcjoner sztuki. I to on stal sie glownym podejrzanym. Zona Clarka przez inetrnetowa tube apelowala - Clark, nasze prywatne sprawy mozemy rozwiazac inaczej, zawsze bedziesz ojcem Reigh... No coz, Clark i jego zona rozwiedli sie pol roku temu. Opieke nad dziewczynka przyznano matce. To bylo pierwsze spotkanie ojca z corka, pod kuratela pracownika socjalnego, po niemal polrocznym okresie niewidzenia. Dramat, dramat, dramat. Tym bardziej, ze to ojciec byl najwiekszym przyjacielem i opiekunem dziewczynki. Mala Reigh byla podobno bardzo elokwentna i niezwykle rozwinieta intelektualnie. Podobno mozna z nia bylo dyskutowac, jak z doroslym osobnikiem. Byla to w 100% zasluga ojca, ktory arystokratyczne swe maniery staral sie przekazac, rozwijajac milosc do literatury i sztuki w mlodej panience. Kobieta bedaca matka i zona, w tym czasie zarabiala ogromne pieniadze. Mieli dwa domy - jeden w Bostonie, drugi w New Hampshire. Clark kupil takze stary kosciol, tutaj to normalne. Uchodzil za zmanierowanego konesera sztuki i arystokrate. Mial dziwny, jakby angielski akcent.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miedzyczasie policja otrzymywala liczne telefony - widziano ich w New Yorku, widziano na Haiti, podobno wybierali sie do Peru, na jachcie, na statku, na katamaranie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pare dni pozniej Clark Rockefeller w towarzystwie swego prawnika byl obfotografowany przez bostonska prase. W porcie w Bolitimore od wielu lat stala licha szlaupa Clarka, znanego tutaj jako Charles "Chip" Smith. Tam zostal znaleziony i aresztowany. Corka miala sie perfekcyjnie dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po aresztowaniu wyszlo szydlo z worka, liczne szydla - Clark nie mogl w zaden sposob poswiadczyc swojej tozsamosci, byla zona publicznie oswiadczyla, ze byly maz jest calkowitym i niepohamowanym oszustem tozsamosciowym i osobowosciowym.&lt;br /&gt;I tak zaczelo sie sledztwo w sledztwie - kim jest Clark, kim Clark nie jest. Kazdy dzien przynosil kolejny barwny obraz. Odciski palcow pobrane od Clarka pasowaly do tych, ktore trzydziesci lat temu pozostawil pewien mlody niemiec przekraczajacy granice USA. - Christian Karl Gerhartsreiter. Od tamtej pory po Stanach Zjednoczonych zaczal majaczyc w wielu tozsamosciach - jako Christian Gerhart-Reiter, Christopher Chichester, Christopher Crowe, Micheal Brown, J.P. Clark Rockefeller, James Frederick, Clark Mill Rockefeller, Charles Chip Smith i Clark Rock. Ta sama postac niewielkiego rudzielca ukladala i sprzedawala niesamowite historie. A to o swoim arystokratycznym europejskim pochodzeniu - jako potomek krolewskich rodzin Battenbergow i Mountbattenow, a to o arystokratycznym amerykanskim pochodzeniu - jako potomek slynnych Rockefellerow, a to o swoich sukcesach zawodowych -jako szef slynnej fundacji rodziny Battenberg-Crowe von Wettin, jako wlasciciel prywatnego biznesu w Canadzie, ukonczyl i Harvard i Yele, pewnie jeszcze pare innych znakomitych uczelni. Czlowiek, ktory w jednym zyciu zawarl wiele historii.&lt;br /&gt;W Niemczech byl po prostu synem ubogiej bawarskiej rodziny. W Connecticut gdzie chodzil do szkoly, wyplynely na wierzch jego arystokratyczne maniery. W Wisconsin spotkal kobiete, z ktora sie szybko ozenil i rozwiodl. Potem pojawil sie w Californii. Wynajmowal lokal u mlodego malzenstwa Johna i Lindy. Dal sie poznac jako wyksztalcony i szarmancki znawca wszystkiego. Tymczasem malzenstwo wynajmujace mu lokal zniknelo, zapadlo sie pod ziemie. Clark mial byc przesluchany w tej sprawie ale i on wyparowal. Tymczasem po latach w ogrodku wykopano szczatki Johna. Lindy nigdy nie odnaleziono. John zamordowany zostal przez uderzenie w glowe, najprawdopodoniej mlotkiem, pozniej zostal pocwiartowany. Sasiad z Californi pamieta, ze pozyczal Clarkowi pile mechaniczna... Policja poszukiwala Christophera-Clarka. Jego widmo odnaleziono w Connecticut - nijaki Christopher Crowe probowal sprzedac samochod nalezacy do zamordowanego Johna&lt;br /&gt;Juz, juz miano Christophera na ta okolicznosc przepytac, gdy znowu wsiakl.&lt;br /&gt;W tym samym mniej wiecej czasie w Nowym Yorku pojawil sie Crowe zatrudniany na powaznych stanowiskach w wielkich korporacjach jako posiadacz zamku w Europie, posiadacz wielu Rolls-Roysow itd. Crowe ubiegal sie takze o papiery brokera gieldowego. Pani z galeri antykow na Soho twierdzi, ze czlowiek, ktorego znala jako Rockefeller mial niewybredny gust i kolekcje obrazow wartych gore pieniedzt. Oczywiscie Clark mial tez klucze do glownych drzwi Rockefeller Center...&lt;br /&gt;W Nowym Yorku, podczas party, bawiono sie w gre, w ktorej kazdy uczesnik udaje kogos innego - tak Rockefeller poznal swoja zone. Slub wzieli w obrzadku quakers-owskim, co oznacza bez paierow, bez certfikatu. I tak by sobie zyli pewnie gdyby nie ten rozwod, gdyby nie fakt, ze Clarkowi odebrano jego ukochana corka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz Clark siedzi w wiezieniu, sledczy zbieraja dokumenty, ukladaja puzzle z jego wymyslonego w 3/4 zycia. A on pisze ksiazke. Robi to, co potrafi najlepiej - kreowac autentyczna fikcje.&lt;br /&gt;Nie moge nie byc pod wrazeniem tej postaci. Nie moge nie popasc w fascynacje jego wirtuozeria w klamaniu. Oto mistrz moj! Zabojca, porywacz, oszust. Czlowiek z nadmiarem osobowosci, bez tozsamosci, bez umiejetnosci bycia soba. Clarku badzze przestroga dla wszystkich poszukujacych i spragnionych lepszej odmiany siebie. Dajze sie ukrzyzowac za swoje klamstwa. Zostan Mesjaszem cywilizacji fikcji i falszerstwa, naszej cywilizacji!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1816461940949495943?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1816461940949495943/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1816461940949495943' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1816461940949495943'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1816461940949495943'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/08/historia-pewnej-imigracji.html' title='Historia pewnej imigracji'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SM1ZROOHM3I/AAAAAAAAAc4/LVUA-AtPcck/s72-c/P1010685.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3141339812486394967</id><published>2008-08-01T07:01:00.000-07:00</published><updated>2009-03-26T08:24:39.957-07:00</updated><title type='text'>H jak historia czyli o czasie, w biegu</title><content type='html'>Kiedy dzien rozplywa sie powoli w sennosci pozno-wieczornej, przymykajac oczy na dawno juz zapomniane sniadanie, przetrawiony obiad i burczenie brzucha zamiast kolacji, zadaje sobie pytanie - jak bylo? Analizuje przeszlosc. Ten dzien, ktory wlasnie sie zakonczyl jest przeszloscia. Nie kazda przeszlosc stanie sie historia. Bo historia to nie tylko, albo nie po prostu, przeszlosc. Historia to przeszlosc z Sensem. Sens dokonuje selekcji w naszym zyciu i wybiera tylko niektore fragmenty- wydarzenia, pasujac je na Rycerzy Historii, obroncow naszego Istnienia na Swiecie, Swiadkow Prawdy Jednostkowej Egzystencji. Kto wybiera sens, kto decyduje o podnioslosci chwili, donioslosci wydarzenia? Bog?, ja albo jakas czastka mojego mozgu?, a moze samo tak jakos sie dzieje? Dzieje sie, dzieje sie, dzieje sie... Jak niekonczaca sie mantra.&lt;br /&gt;Dawno, dawno temu czas nie byl linia, ktora rozwiesil demiurg na swoim podworku, historia nie pedzila w jedna strona. Dawno temu ludzie wierzyli, ze historia zanurzona jest w czasie, ktory sie toczy. W kregach stawania sie i entropii, kreacji i destrukcji - nihil novi sub sole. Indie i koncepcja Samsary, Grecy i koncepcja pozarow swiata, no i pozniej jeszcze Nietzsche...Dzieki tym wyobrazeniom niekonczacego sie powracania nie bylo pytania - bylze czas przed czasem, historia przed historia? Szczerze mowiac nie mialo glebszego znaczenia pytanie o sens tego wszystkiego, a tym bardziej o cel. Zaden horyzont nie wynurzal sie jako meta, jako zwienczenie, zadna doskonalosc albo anty-doskonalosc nie majaczyla na koncu, lub gdzies ponad ukladem.&lt;br /&gt;Nie bylo konca. Tylko tak sie dzialo, tu i teraz, tak w kolko. Mozna bylo dostac mdlosci. Mozna&lt;br /&gt;bylo tez zanudzic sie na smierc, powrocic i znowu sie zanudzic. Cale szczescie, ze powrot nie oznaczal powrotu "tego samego".&lt;br /&gt;Historie tworza indywidualnosci, niepowtarzalne bulwy i bable czasu. Historia jest jednostkowa, a czas jest uniwersalny. Uniwersalnie sie toczy...&lt;br /&gt;Wraz z chrzescijanstwem, narodzinami doskonalej doskonalosci i obietnica Krolestwa Bozego pojawil sie swiezutki czas linearny. Startowal powoli, ale jak juz sie rozpedzil, tak zawladnal wyobraznia ludzka na dobre. Namnozyly sie pytania o paczatek, o zrodlo, a jak zrodlo to i kres, a jak kres to musi byc jakis kierunek, a jak kierunek to jak tam dotrzec. No i wskazowki, porady, przykazania i nakazy. Od razu jakos tak sie tez stalo, ze&lt;em&gt; telos&lt;/em&gt; - cel zostal uwznioslony, jakies "potem", po "tym wszystkim" stalo sie wazniejsze i lepsze od tego co dzieje sie, dzieje sie, dzieje sie... No i wyladowalismy w naszym mysleniu, my ludzie, w trzech wymiarach, wyladowalismy z calym tym bagazem przykazan i dazen, oczekiwan i tesknot uwiezieni w kolejce do Raju, uwiezieni w czasie, historii jak rzece, co to w jedna strone plynie i zawrocic sie jej nie da, w przeszlosci i przyszlosci przedzielonych nie za bardzo doskonala terazniejszoscia.&lt;br /&gt;Jakos w tym samym momencie zmienilo sie takze wyobrazenie czasu po czasie - zbiorowa szczesliwa komuna przesiadujaca u Pana Boga za piecem, gdzie cieplo, czysto i pod dostatkiem zarcia. Dziadkowie spotykaja wnuczkow, wnuczki spotykaja wnuczkow i generalnie jest fajowo. Znowu wszyscy i wszystko jest razem. Acha, najwazniejsze, nie ma czasu! Jest tylko terazniejszosc.&lt;br /&gt;Historia linearna jest historia nie chciana, bo stanowi przeszkode, w osiagnieciu celu, przeszkode, ktora trzeba pokonac, mur czasu, ktory trzeba przebyc...&lt;br /&gt;No oczywiscie pojawily sie takze teorie promujace historie jako droge do doskonalosci, jako miejsce doskonalenia sie. Zbiorowy progres ludzkosci, wyobrazmy to sobie, dokonuje sie w czasie i jeszcze chwilka, jeszcze dwie, a ludzie beda tacy super, tacy do przodu, ze sie zjednocza i powstanie fajna komuna przesiadujaca u Absolutu za piecem, gdzie jest czysto, intelektualnie, no i taka jakas pelnia. Czas okazuje sie panem Bogiem, pan Bog zdejmuje maske i mowi ze jest czasem i w ogole na koncu mamy jedna wielka demonstracje Prawdy. Przedtem to tylko tak nam ta prawda przeswitywala od czasu do czasu wlasnie w historii, jak sie na nia patrzylo z bliska. Jak sie za bardzo skupialo na sobie, na jednostce, to nijak sie prawdy, pana Boga albo jak tam to tez zwali Absolutu nie widzialo.&lt;br /&gt;Moze i racja.&lt;br /&gt;Jak bylam jeszcze w szkole podstawowej, nad drzwiami do pracowni historycznej przeczytalam: &lt;em&gt;Historia magistra vitae est&lt;/em&gt; i mnie zamurowalo. Po pierwsze dlatego, ze cholernie balam sie byc zapytana na lekcji z Powstania Styczniowego, ktore w przeciwienstwie do Listopadowego w ogole mnie nie wzruszylo i w ogole bylam przeciwna. Po drugie dlatego, ze zrozumialam, ze zycia mozna sie nauczyc obserwujac innych i swoja historie. I to bylo dla mnie wstrzasajace odkrycie. Nauczyc? Ktos mnie bedzie ocenial? Brrr.&lt;br /&gt;Jak sobie poscielesz , tak sie wyspisz -powiada moja mama w aspekcie uczenia sie zycia. I ma racje, jak zwykle. Podreczna historia scielenia lozka, moze byc bardzo przydatna. Szczegolnie jesli nastepnego dnia czeka nas jakies wazne wydarzenia i przydalo by sie dobrze wyspac. Takie globalne spojrzanie na proces scielenia moze byc inspirujace. ( W nawiasie: politykom amerykanskim, na przyklad, nakazalabym poczytanie historii Polski. Cos mi sie uwidzialo, wiem ze to jakas bzdura, ale jakies takie podobienstwa zaczelam widziec pomiedzy dawna Rzeczpospolita, a terazniejszymi Stanami Zjednoczonymi.)&lt;br /&gt;Historia w koncu jest przechowalnia sensu. Moze nie nadzwyczajnego Supersensu, nie Sensu Jedynego. Okreslilabym to raczej Bardzo Praktycznym Sensem, z okreslonym terminem waznosci.&lt;br /&gt;Ja najbardziej lubie studiowac Tajemnicza i Wieloznaczna Historie Panstwa Mego. Ach, coz to za dzielo. Jednego dnia same puste strony, otwierasz nazajutrz a tam romanse, awantury i dramaty.&lt;br /&gt;Jest to dowod, dla mnie niepodwazalny, ze moja historia jak mantra dzieje sie, dzieje sie, dzieje sie.&lt;br /&gt;Zeby zacytowac dzielo gleboko zakorzenione w mojej wyobrazni:&lt;br /&gt;&lt;em&gt;I kręci się, kręci się koło za kołem, i biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej.I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!Po torze, po torze, po torze, przez most.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las.Do taktu turkoce i puka, i stuka to:Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to.Gładko tak, lekko tak toczy się w dal.Jak gdyby to była piłeczka, nie stal.Nie ciężka maszyna zziajana, zdyszana.Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.A skądże to, jakże to, czemu tak gna?A co to to, co to to, kto to tak pcha?Że pędzi, że wali, że bucha, buch-buch?To para gorąca wprawiła to w ruch,To para, co z kotła rurami do tłoków.A tłoki kołami ruszają z dwóch boków. I gnają, i pchają, i pociąg się toczy, bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy....&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uwielbiam to afirmujace i jedno-znaczace: tak to to!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3141339812486394967?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3141339812486394967/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3141339812486394967' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3141339812486394967'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3141339812486394967'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/08/h-jak-historia-czyli-o-czasie-w-biegu.html' title='H jak historia czyli o czasie, w biegu'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-4162907258226510119</id><published>2008-07-16T12:09:00.000-07:00</published><updated>2008-07-23T15:37:16.982-07:00</updated><title type='text'>Glod gromadzenia czyli Gkwadrat</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYte_Z8P-I/AAAAAAAAAJ8/unrDpC5H4as/s1600-h/S7300721.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYte_Z8P-I/AAAAAAAAAJ8/unrDpC5H4as/s320/S7300721.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5225914428049604578" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jako emocjonalny nomad, psychiczny cygan przemieszczalam sie w przestrzeniach doznan i uczuc. Czesto wedrowka ta wiazala sie z reorganizacja tego co  zgromadzilam.&lt;br /&gt;Re-organizacja zgromadzonego!&lt;br /&gt;Bo ja wlasnie o gromadzeniu i glodzie chcialam dzisiaj opowiedziec.&lt;br /&gt;Na poczatku, kiedy pojawilam sie na swiecie mialam pewnie wrazenie ogromu, chyba sie przerazilam calym tym swiatem bo najwyrazniej zachcialo mi sie od niego odizolowac cialem. Wiele lat pozniej, wrecz odrotnie, chcialam zeby granica pomiedzy mna a swiatem zniknela...&lt;br /&gt;Jako dziecko  gromadzilam wiec  cala gore kalorii.  Z podskorna poduszka tluszczyku czulam sie bezpieczna, otulona powloczka niepszepuszczajaca poczucia samotnosci i braku. Braki rekompensowalam sobie swoim wlasnym cialem. Pamietam zdarzenie, ktore w jakis sposob uswiadomilo mi powage mojej tluszczowej sytuacji. Gralismy w rodzinne lotki zrobione z igly, patyczka i kawalka papieru ( no takie to byly czasy!). Jedna z lotek wbija mi sie w udo ( jakies 3-4 cm). Nie poczulam niczego. Moja otulinka ochronila mnie przed swiatem zewnetrznym, ktory w sposob oczywisty chcial mnie skrzywdzic.&lt;br /&gt;Gromadzenie jest naturalnym instynktem ludzkosci - taki sobie wniosek wyprowadzilam na podstawie zgromadzonych przez 30 lat informacji i doswiadczen.&lt;br /&gt;Rozne sa te zgromadzenia. A to gromadzi sie dobra materialne, by zaspokoic glod szczescia i wygody, a to gromadzi sie doswiadczenia i przygody, takze te fizyczne, by zaspokoic glod uczuc i zadze nadistnienia, a to gromadzi sie ludzi, znaczki, pocztowki, zdjecia. No, powiedzmy sobie szczerze: ludzkosc po prostu wytwarza i przechowuje miliardy przedmiotow. Wciaz nienasycona, wciaz dyszy zadza, wciaz glodna swa paszcze swiatowa otwiera w poszukiwaniu nowej przestrzeni do eksplorowania, pochlaniania, nazwania, zakwalifikowania i zgromadzenia w wielkim ziemskim Muzeum.&lt;br /&gt;Demokracje wspolczesne nazywane przeze mnie konsumpcyjnymi  nastawione sa na gromadzenie, na zasapakajanie najmniejszego nawet glodu, dazac wrecz do eliminacji tego uczucia. Tutaj, w Ameryce, czasami mam wrazenie ze uczucie glodu jest traktowane jak choroba. Jestes glodny? Ojej, nalezy szybko ten stan zlikwidowac. I nie mam tu na mysli tylko jedzenia. Wszelki glod. Najpierw nalezy jednak wytworzyc uczucie braku, glodu. Nastepnie przedstawic rewelacyjna metode jego usuniecia. Pokazac wyjscie z sytuacji i wzbudzic zadze posiadania.  Zglodniale szczescia obiecanego indywiduum likwidujac stan glodu pozostaje w stanie upojenia az do czasu odkrycia kolejnej dziury-braku w systemie - zyciu konsumenta dobr.&lt;br /&gt;Jak powiada madrosc plynaca z niesmiertelnych ust Sidharty Gautamy - posiadanie jest cierpieniem i nie posiadanie jest cierpieniem, zjednoczenie z tym, czego  sie pragnie jest cierpieniem i odizolowanie od tego, czego sie pragnie jest cierpieniem. Jest tylko jedno wyjscie, szansa ucieczki z kregu gromadzenia - nie gromadzenie. Zbyt trudne, niewykonalne.&lt;br /&gt;Pierwszy raz postanowilam nie-gromadzic we wczesnym dziecinstwie. Do dzis pamietam jakimze cierpieniem byl dla mnie proces stawania sie szlachetna. Dalam kolezance mojego ulubiona misia, ktory byl takze pierwsza zabawka jaka w swoim zyciu otrzymalam. Takie poswiecenie. Tylko dlatego, ze kolezance spodobal sie  ten misiu... I dobrze mi sie jakos potem zrobilo. Potem wielokrotnie przeprowadzalam reorganizacje zgromadzonego - wyrzucajac stare zeszyty, pamietniki, meble, ludzi, obyczaje i wspolna przeszlosc. W koncu stalam sie prawie dobra w nie - gromadzeniu. Do Ameryki wyruszylam z dwoma walizkami - troche zimowych ubran, dwa zestawy gi do cwiczenia aikido, prezenty dla amerykanow, kilka dyskietek ze zdjeciami (pozniej okazalo sie ze dwie z trzech byly puste), kilka ksiazek. To wszystko. I przezylam w tym stanie posiadania i bylam szczesliwa bez bagazu rzeczy. Lubie nie gromadzic rzeczy. Lubie miec tylko tyle ile mi potrzeba. Jest wtedy tak czysto, tak precyzyjnie jasno. Wiem, to oznacza nadmierna potrzebe kontroli...&lt;br /&gt;Czesto slysze - powinnismy miec to, warto by bylo miec tamto. Moj maz patrzy na mnie i widzi usmiech. Acha, ty tego nie potrzebujesz? - pyta. Nie wiem - odpowiadam, nigdy tego nie mialam, w tym momencie nie czuje zadnej potrzeby, zadnego braku.&lt;br /&gt;Ale zbieram, wiem, ze zbieram bo moja pamiec czasami eksploduje nadmiarem dat, ludzkich twarzy zanurzonych w koktajlach wspomnien. Moja pamiec jest zbiornikiem. Czasami dokonuje takze przeorganizowania w mojej pamieci - nie wyrzucam niczego, raczej szukam tego co nadmiernie ciezkie i zajmuje zbyt duzo miejsce. Kiedy znajduje taka "rzecz" otrzepuje ja z kurzu i patrze uwaznie, zastanawiajac sie jak ja moge przerobic, przearanzowac, zakonczyc proces rozptrzestrzeniania sie w bulwie gromadzonego resentymentu. Jak w supermakecie na najwyzszych polkach klade te najdrozsze, wysokogatunkowe przedmioty. Najtansze, czasami bardzo dobre, ale nie przynoszace wysokich dochodow klede na polki najnizsze. Jak sobie bede chciala, to je tam dojrze. Czasami robie tez w swojej glowie promocje na jakies wspomnienie. Wyswietlam reklamy, ladnie je opakowuje, zatrudniam ludzi do promocji. A produkt - jakies tam doswiadczenie, to jedno wielkie gowno nikomu niepotrzebne... Nie kazda reorganizacja przynosi efekty.&lt;br /&gt;Jestem konsumentem - nie uciekne przed gromadzeniem i glodem zycia, chociazbym sie bardzo starala. Mnich buddyjski  powiedzialby - to sie nie staraj, po prostu przestan chciec!&lt;br /&gt;Alez ja tak lubie czasami powspominac.&lt;br /&gt;Jestem uwieziona w samsarze. Uwielbiam samsaryczny glod, uwielbiam zbierac doswiadczenia i kolekcjonowac wspomnienia. Jak umre to juz  mnie nie bedzie. Jedyna szansa jest teraz. Teraz jest jedyna i niepowtarzalna wyprzedaz, promocja mojego zycia.&lt;br /&gt;Lece troche poszperac w rzeczywistosci, a nuz znajde jakis przeceniony diament.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-4162907258226510119?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/4162907258226510119/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=4162907258226510119' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4162907258226510119'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4162907258226510119'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/07/glod-gromadzenia-czyli-gkwadrat.html' title='Glod gromadzenia czyli Gkwadrat'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYte_Z8P-I/AAAAAAAAAJ8/unrDpC5H4as/s72-c/S7300721.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-4523524785275705960</id><published>2008-07-01T08:11:00.000-07:00</published><updated>2008-07-22T11:45:06.275-07:00</updated><title type='text'>F jak fikcja, fakt, fantazja</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYqnWoLwnI/AAAAAAAAAJk/nwLFpOX2b08/s1600-h/DSC00374.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYqnWoLwnI/AAAAAAAAAJk/nwLFpOX2b08/s320/DSC00374.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5225911273187426930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zawsze tkwilo we mnie pragnienie zostania Wielkim Falszerzem, Fikcjomistrzem Universum. Od kiedy pamietam wytwarzam historie. Uzywam fikcji w paru celach:&lt;br /&gt;a) po to zeby byc bardziej atrakcyjna dla mojej rodziny i znjaomych, zeby nosic na sobie pietno wyjatkowosci&lt;br /&gt;b) z samotnosci, bo w samotnosci dobrze jest porozmawiac z kims, chociazby ten ktos nie istnial&lt;br /&gt;c) z powodu niegodzenia sie z materia rzeczywistosci&lt;br /&gt;I w ten sposob bedac dziecieciem odizolowanym i lubiacym przebywac we wlasnym towarzystwie, wymyslilam na przyklad, ze ludzie sa calkowicie wymarlym gatunkiem uwiezionym na planacie opanowanej przez twory, ktore wizualnie przypominaja samochody, generalnie pojazdy mechaniczne. Tylko ja rozpoznalam prawdziwy stan rzeczy. Wszyscy pozostali zdawali sie ufac zywym i zarlocznym tworom. Obserwowalam wiec ze strachem jak ludzie dobrowolnie pakuja sie do ust autobusow, jak bez zbytniej zachety wpadaja w otwarte paszcze aut, ktore uwazaja za swoje.&lt;br /&gt;Nie chcialam wsiadac do naszego Malucha, nie chcialam umierac.&lt;br /&gt;Wymyslilam takze setki historii dotyczacych mojego pochodzenia. Jakos nie chcialo mi sie uwierzyc, ze jestem stworzeniem nalezacym do tego samego gatunku biologicznego, co otaczajacy mnie bracia i siostry w ciele. Jeden z mitow geneologicznych jasno i precyzyjnie okreslal mnie jako dziecko pochodzace z Andromedy ( wierzylam w ta basn przez jakies 20 lat mego zycia). Andromedycznosc objawiala sie w oczach, w lzach, w wielkiej nadwrazliwosci na krzywde, bol i cierpienie. Na Andromedzie nie stosuje sie przemocy... Na Andromedzie panuja ziemskie utopie i dobrze sie maja.&lt;br /&gt;Inna opowiesc tlumaczyla moja samotnosc. Ludzie nie chca ze mna przebywac, bo jest to dla nich niewygodne, moje towarzystwo przyprawia ludzkosc o bol glowy i sumienia. Albowiem mam w sobie swiatlo. Pewnego dnia swiatlo wyzwoli sie ze mnie i spali cala ludzkosc, a raczej pewien jej aspekt. Ludzkosc przez moje wewnetrzne swiatlo zostanie oczyszczona z lez. Zapanuje piekno, dobro i prawda. Nezle.&lt;br /&gt;Charakterystyczny jest fakt, ze jednoczesnie wierzylam w kilka, raczej wykluczajacych sie teorii i wcale mi to nie przeszkadzalo - fikcja i fantazja nie zna granic racjonalnosci, hmm, fakt zreszta podobnie...&lt;br /&gt;Wierzylam smiertelnie powaznie w historie swojego urodzenia w Islamabadzie, w swoje afgansko-zydowskei korzenie, w legende o wedrowce, niespelnionych milosciach i tarapatach, w ktore swiat wplatywal moich antenatow. Nawet majac dwadziescia pare lat nie potrafilam pozostac przy faktach.&lt;br /&gt;Wierzylam, ze w moj mozg zbudowany jest inaczej. Zostawilam nawet wiadomosc dla lekarzy, ktorzy beda przeprowadzali moja sekcje zwlok ( bo na pewno umre mlodo) i wsadzilam ja do dowodu osobistego: "cos jest w mojej glowie, w srodmozgowiu!". Wierzylam, ze metodologiczna eksploracja mojego mozgu pomoze odkryc lekarstwo na raka, generalnie bedzie to lekarstwo na smiertelnosc. Wymyslilam sobie, ze smierc jest rodzajem nieuswiadomionego wyboru, nie koniecznoscia. I trzeba to swiatu powiedziec, ale nie w slowach, tylko poprzez nauke!&lt;br /&gt;Mama doceniala moja wyobraznie. Nie potrzebowalam drogich zabawek - wystarczyla mi stara butelka po szmponie, zeby wyobrazic sobie, ze to najpiekniejsza na swiecie krolewna. Nie potrzebowalam klockow, budowalam zamki w swojej glowie, z materi obrazow i slow. Jedna z ulubionych zabaw bylo przeprowadzanie wywiadow z fikcyjnymi postaciami. Moglam byc kazdym, moglam nie byc soba. I byla to przyjemnosc, ktora zadne slodycze nie mogly zastapic. Druga ulubiona zabawa bylo nagrywanie filmow. Oczywiscie nie mialam kamery, ale moje oczy w pelni zastepowaly najdrozsze wynalazki techniczne. Nagrywalam muzyke, wybieralam kadry. Bylam takze autorka scenariuszy i producentem. Czasami nawet nie gralam sama. Zapraszalam do wspolnej zabawy w film moje kolezanki - aktorki. I krecilysmy zagadki kryminalne, poscigi, romantyczne kolecje i sceny lozkowe.&lt;br /&gt;Jak juz bylam duza, fikcja sama wylewala mi sie przez usta. Nie podejmowalam decyzji o klamaniu- bylo to uzaleznienie, niekontrolowana sklonnosc do narkotycznych fantasmagorii. Po prostu bylam klamczucha ( jak alkoholik zawsze juz bede klamczucha), ktora nie moze poprzestac na rzeczywistosci, ktora zawsze cos musi dodac, ubarwic, przeinnaczyc. Czasami sama siebie zadziwialam stosem klamstw jednorazowo wyplywajacych ze mnie bez najmniejszego udzialu swiadomosci, bez jakiejkolwiek kontroli osrodka moralnego. Krzywdzilam siebie.&lt;br /&gt;Zdecydowalam sie na zastosowalam diety anty-fikcyjnej. Zero fantazjowania, twarde trzymanie sie podloza, zero dlugich opowiesci, bo te stanowia zaproszenie dla kreatywnosci, ktorej potok chcialam zatrzymac. W kontaktach z ludzmi ( byla to oczywiscie najtrudniejsza czesc terapii odfikcyjniajacej) musialam koncentrowac sie na innych, nie na sobie, sluchac innych, akceptowac fakt bycia akceptowana w ksztalcie wizualnie dostepnym dla widza zewnetrznego. Nie bac sie martwej ciszy samotnosci...&lt;br /&gt;Na odwyku odkrylam ze jestem mistrzynia w wymyslaniu siebie. Poza tym obszarem moja wyobraznia jest blada i bardzo zwyczajna, przecietna. Moje fikcje i fantazje sa skoncentrowane w jednym punkcie - niewiedzy o prawdziwej naturze mnie samej. To kompletna ignorancja w materii "prawdy o samej sobie" umozliwiala mi plywanie w tak wielu mozliwosciach.&lt;br /&gt;Moje rozstanie z fikcja bylo bolesne i placzliwe. Jak kazdy odwyk.Trzymalam ja kurczliwe za rekawy, krzyczalam "nie zostawiaj mnie", "nie odchodz". Jak w noweli brazylijskiej, fikcja, moja kochanka i bogini, stwierdzila ze nie odchodzi, po prostu oboje potrzebujemy czasu, musimy od siebie odetchnac. Po jej odejsciu zostala mi moja druga naloznica - fantazja. Nie chce sie z nia rozstawac. Jest taka urocza, czasami taka niewinna. Chyba nie potrafie bez niej zyc. Byc moze nasz zwiazek jest toksyczny. Musze o tym sama z soba porozmawiac.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-4523524785275705960?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/4523524785275705960/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=4523524785275705960' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4523524785275705960'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4523524785275705960'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/07/f-jak-fikcja-fakt-fantazja.html' title='F jak fikcja, fakt, fantazja'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYqnWoLwnI/AAAAAAAAAJk/nwLFpOX2b08/s72-c/DSC00374.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-6748102719361095043</id><published>2008-06-23T08:03:00.000-07:00</published><updated>2008-07-22T11:47:30.902-07:00</updated><title type='text'>Naushon - pierwsze wrazenia.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYrPRhDuXI/AAAAAAAAAJ0/6I_p09C7Dgo/s1600-h/DSC04540.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYrPRhDuXI/AAAAAAAAAJ0/6I_p09C7Dgo/s320/DSC04540.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5225911959010130290" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Sa ognie piekielne i ognie rajskie. Te ostatnie, podstepnie, bez uprzedzenia spalily mi skore. Leze teraz i obserwuje kurczaki grillujace sie na moich udach, pilnuje jejecznicy smazacej sie na moim brzuchu. Dzieki plomieniom slonecznym stalam sie Indianka, pierwotna mieszkanka Naushon. Naushon w jezyku Indian podobno oznacza wyspe blogoslawiona lub blogoslawienia. Plynie sie na Nashon niedlugo, jakies 20 minut z Woods Hole. Promik konczy swoj bieg w malej zatoczce z przystania. To poczatek wakacji wiec wyspa jeszcze niemal pusta. Jest Beth w ogromnym kapeluszu, bialej plociennej bluzce i bialych lnianych spodniach. Dzieciaki wbiegaja na poklad - zabieraja kosze z jedzeniem - sokami, slodyczami, chlebem. Jaja i sery sa na wyspie.&lt;br /&gt;Pierwsze co widze, to konie zajadajace trawe. Sa leniwe. Dwa zrebaki domagaja sie maminej uwagi.&lt;br /&gt;Skrecamy z glownej druzki. Zielonosc, pagorkowosc, zapach oceanu.&lt;br /&gt;Naushon jest raczej dluga i waska, a linia brzegowa skreca sie i wije jak w drgawkach pod dotykiem niebieskich dloni wody.&lt;br /&gt;Maszerujemy z Douglasem szybko, zeby zdazyc na przyplyw przy "Pierwszym Moscie". Jak sie zdazy na przyplyw, wskoczy w nurt, ocean zabierze cie prawie na Fisherman Isle, albo jeszcze dalej- tlumaczy mi Douglas. Nie zdazylismy. Po drodze musialam zobaczyc Central House i Russel House.&lt;br /&gt;Przemierzajac zielonosc Naushon czuje sie jak w Polsce, jak u babci Golebiowskiej na wsi, jak w Dmosichach. Niewiele pamietam ze swoich dzieciecych wloczeg po Dmosicach.  Niewiele szczegolow. Pozostala pamiec zapachow, nastrojow, ulotnej wolnosci.&lt;br /&gt;Drugie skojarzenie to Baczyn i tamtejsze zarosla z zapachem gorskiego strumienia, z piaskiem na sciezce wiadacej w gore, to wrazenie, ze moge tu byc szczesliwa, jesli tylo zechce, jesli sobie na to pozwole.&lt;br /&gt;Trzecie skojerzenie - Debki poza sezonem. Morze - moje, na wlasnosc, zatoczki, fale, mewy. W Debkach uwielbialam poczucie bliskosci z natura, poczucie wspolzaleznosci - odnajduje to uczucie tutaj.&lt;br /&gt;Naushon przenosi mnie w dziecinstwo. Zaczynam myslec o tych wszytskich niesamowitych przygodach jakie moga sie wydarzyc na wyspie. Nie sposob odpedzic od siebie wizji szukania skarbow, od wyobrazenia wielkiej i niebezpiecznej wyprawy na wschodni koniec wyspy do Fresh Pond. Albo ta gora - Mount Seraut. Raczej wzniesienie. Podczas ostatniej swiatowej wojny wykorzystano to miejsce na obserwatorium - wiec pozostal schowany w ziemi i zarosniety bunkier. Toz to czysta, niczym nie zmacona Arkadia, toz to wrecz idealne miejsce na zabawe w Robinsona, w wyspe skarbow, w odkrywanie tajemnich tego swiata na pewno ukrywanych przez stulecia przez rodzine Forbsow. Nie moge przestac wyobrazac sobie tych wszystkich rozbitkow, piratow, ba, nawet zolnierzy i lotnikow z ostatniej wojny, ktorzy gdzies tu wszyscy sa - w mojej wyobrazni naushonskiej.&lt;br /&gt;Pony Pasture nieomal powalil mnie z nog. Ten piekny dom na malym wzniesieniu jest wrecz idealnym gniazdem pisarskim. Na lace pasa sie krowy. Zaraz za Niebieska Brama widac piaszczysta plaze - to South Shore Bathing Beach. Wskakuje w ocean. Pozwalam sie unosic falom. Slona woda wlewa sie buzi. Piasek mieni sie sloncem w soli, sola w slonce. Zasypiam pozniej zmeczona. Slonce pali mi skore - ale jeszce o tym nie wiem.&lt;br /&gt;Potem idziemy na polnoc przez Grapevine Path, ale gubimy sciezke gdzie w poblizu Big Swamps. Wracamy na Main Road i idziemy nad Mary Lake. Znowu przypomina sie Polska i pierwsze wakacje na jeziorem Roznowskim. Potem odwiedzamy jeszcze ogrodek - wspolne dobro obywateli wyspy. Pozdrawiamy owce pasace sie na kolejnej lace i lame, ktora strzeze owiec przed koyotami. Idziemy do Stone House, z ktorego widac Zatoke z przystania. Pora jest mocno popoludniowa. Zawsze marzylam, zeby siedziec w bujanym, drewnianym fotelu, sluchac swierszczy i patrzec na zachod slonce w letni upalny wieczor. Kolejne male marzenie sie spelnia, skora zaczyna palic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naushon jest bajka dla dzieci. Jest jak bajka dla doroslych. Naushon jest tak spokojna, tak zielona, tak malownicza ze wszystkimi swoimi zatoczkami, plazami, lasami i pustynia, ze nie da sie nie kochac tej wyspy. Oczywiscie, ze sie zakochalam. Oczywiscie, ze przyzeklam sobie napisac tutaj wiekopomne dzielo. Oczywiscie wiem, ze dzielo to zostanie pewnie w mojeje glowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naushon jest na granicy snu i jawy, jak wyobraznia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znam juz swoja nowa rodzine na tyle zeby wiedziec, ze faktycznie wyspa jest jak rodzina - marzycielsko-intelektualna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktos mi sie wczoraj zapytal - jak sie czuje na Naushon. Nigdy stad nie wyjezdzalam - odpowiedzialam, bylam tu od zawsze. Ta wyspa jest jak moja wyobraznia. Na granicy swiatow, pomiedzy przyszloscia i przeszloscia...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-6748102719361095043?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/6748102719361095043/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=6748102719361095043' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/6748102719361095043'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/6748102719361095043'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/06/naushon-pierwsze-wrazenia.html' title='Naushon - pierwsze wrazenia.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYrPRhDuXI/AAAAAAAAAJ0/6I_p09C7Dgo/s72-c/DSC04540.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1287732971543604310</id><published>2008-06-13T08:36:00.000-07:00</published><updated>2008-06-13T09:15:18.940-07:00</updated><title type='text'>Naushon</title><content type='html'>Wczoraj bylam na pobrzebie Jima Colta. Widzialam go tylko raz, w dniu mojego slubu. Wnuczek Jima, po jego smierci mial tylko jedno pytanie: czy w niebie jest Naushon i czy pan Bog wie, ze dziadkowi tam bedzie najlepiej.&lt;br /&gt;Naushon. Jeszcze tam nie bylam. Wszyscy wczoraj pytali mnie jak mi sie podoba Naushon, czy bylam juz na Naushon, kiedy w tym roku bedziemy w Naushon, i w ktorym domu.&lt;br /&gt;Nie chce sobie tworzyc zadnych wyobrazen na temat tej wyspy. Niedlugo ja zobacze.&lt;br /&gt;A historia jest taka.&lt;br /&gt;Dawno temu pewien szkot - John Murray Forbes, zdecydowal sie rozwinac swoj bizness w Ameryce. Zarobil gore pieniedzy na handlu z Chinami: import-eksport (glownie opium). Pewnego razu z przyjacielem dostali sie na mala wyspe niedaleko Cape Cod, jedna z wysp zwanych Wyspami Krolowej Elzbiety. Jak zobaczyl Naushon tak sie zakochal. Przypomniala mu sie jego  ojczyzna - Szkocja. I kupil Naushon. Inni powiadaja,ze wygral w karty... W kazdym razie od konca 18 wieku Naushon stalo sie siedziba Forbsow. Po smierci praprzodka "wladze" na wyspie przejela rodzina. Utworzono fundusz, ktory po dzien dzisiejszy zarzadza wyspa, decydujac o jej przyszlosci. Jest to rodzaj wlasnosci nalezacej do calej rodziny Forbsow. W dniu mojego slubu stalam sie czlonkiem klanu. Na wyspie jest wielkie drzewo geneologicznego z imionami i nazwiskami wszystkich nalezacych do rodziny. W te wakacje zawisne na drzewie.&lt;br /&gt;Nashoun nie posiada drog, mozna sie tam dostac promem z Wood Hole na Cape Cod. Przez ostatnie 100 lat rodzina prowadzila ozywiona dyskusje czy zgodzic sie na podlaczenie produ. W koncu osiagnieto kompromis. 35 domow posiada juz zdobycz cywilizacyjna w postaci elektryfikacji. Ale nadal nie ma zgody na to, zeby uzywac samochodow. I nie bedzie.&lt;br /&gt;Naushon ma kilka plaz. W zasadzie wyspa jest wlasnoscia rodziny, tzn. jest prywatna, ale udostepniono jedna z plaz dla tych, ktorzy chca przyplynac i zakosztowac Amerykanskiej Szkocji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naushon dla rodziny jest jak Mekka.&lt;br /&gt;O poranku wszyscy, w szlafrokach, ze snem we wlosach schodza do przystani zobaczyc czy ktos nowy przyplynal, odebrac poranne gazety i poczte. W ogromnej kuchni nastepnie nastepuje sniadanie. Nastepuje - bo jest to rodzaj rodzinnego obrzadku. Ta rodzina naprawde jest duza! A potem kazdy wyrusza w swoja strone. Czesc jezdzi konno, czesc smazy sie na plazy, ktos gra w polo, ktos gra w golfa. W tamtym roku w przystani gdzie uwielbia sie kompac moja tesciowa widziano rekina.&lt;br /&gt;Naushon jest pamiecia tej rodziny, czczona, uwielbiana, zywa.&lt;br /&gt;Kiedy pierwszy raz spotkalam sie ze swoja przyszla rodzina, okreslili mnie nastepujaco: "she is very Naushon". Cokolwiek to znaczy, zobacze Naushon juz niedlugo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1287732971543604310?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1287732971543604310/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1287732971543604310' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1287732971543604310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1287732971543604310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/06/naushon.html' title='Naushon'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2878202470342593561</id><published>2008-06-10T08:08:00.000-07:00</published><updated>2008-07-22T13:25:36.112-07:00</updated><title type='text'>Ego</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYq45QDeyI/AAAAAAAAAJs/Cr2tfg7M9uw/s1600-h/71010019.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYq45QDeyI/AAAAAAAAAJs/Cr2tfg7M9uw/s320/71010019.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5225911574539238178" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Chcialam nie byc metafizyczna i abstrakcyjna, chcialam pisac tylko o rzeczach, ktore mozna dotknac. Jednakowoz nie da sie, po prostu nie da sie w przypadku "e" nie pisac o ego. Samo sie prosi, przyciaga moja uwage, gdzie nie spojrze, o czym nie pomysle, w koncu docieram do tego samego punktu - do ego. Ego nie ma dobrej prasy. Wszyscy mowia - pracuj nad swoim ego, powinnas zrobic cos ze swoim ego, alez ty masz ego, ego powinno zostac zniszczone. Zadziwiajacy byl zawsze dla mnie fakt, ze obcy ludzie wiedzieli o moim ego wiecej niz ja sama. Czesto wiec wolalam ego, zaklinam zeby sie w koncu ujawnilo, zeby sie pokazalo, chcialabym sobie z nim troche porozmawiac o zyciu, w koncu tylesmy razem przeszli, a tu nic. Cisza. Wywieszalam ogloszenia na plotach, rozpytywalam znajomych, czytalam nawet ksiazki podrozniczo-turystyczne, ba fizyczne i chemiczne - wszystko po to, by sie w koncu spotkac z ego, moim przeklenstwem, podobno. Bo ego generalnie jest nie lubiane w srodowisku, w kazdym srodowisku, a w moim wyjatkowo - jestem przeciez buddystka i cwicze aikido. Ani jednego, ani drugiego nie da sie doprowadzic do perfekcji z ego na karku. No nic, zacisnelam zeby i dalej szukalam. W koncu mialam wrazenia, prawie pewnosc, ze go dopadlam. Ego siedzialo wygodnie roplaszczone na kanapie i patrzylo w ekran telewizyjny, przeskakujac co chwile z kanalu na kanal. A tu cie mam - pomyslalam. I odetchnelam z ulga. No bo jesli moja przeszkoda w byciu niemal doskonala jest ten opasly osobnik po prostu ogladajacy wszystko z pozycji wewnterznej - to nie ma co sie az tak nad faktem jego istnienia roztrwoniac. Jako ogladacz jest kompletnie nieszkodliwy. Ale powiedziano mi, ze ogladacz to inna bajka i zebym nie myslala, ze to ego. No to szukalam dalej, coraz bardziej zatrwozona faktem, ze mam problemy z taka prosta czynnoscia jak znalezienie wlasnego ego. Mowilam sobie - jakze ty chcesz oswiecenie osiagac, jekze ty chcesz doskonalic sie w sztuce wymagajacej opanowania i pelnej samoswiadomosci, jak nie mozesz nawet swojego glupiego, za przeproszeniem, ego znalezc. Szukalam dalej. Pewnego dnia w trakcie jakiejs klotni, czy powiedzmy ostrej dyskusji z kims, wydawalo mi sie ze je widze, ze widze cien ego. Wyruszylam w poscig, z usmiechem, bliska sukcesu. Po wielodniowej gonitwie, ledwo zipiac z wycienczenia dopadlam je. Kon by sie usmial. To, co bralam za swoje ego bylo moja pamiecia, ze wszystkimi bajkami, marzeniami, przekonanimi moich rodzicow, babek, moja pamiecia lingwistyczna, moim dziecinstwem i mlodoscia, itd. Biedny twor zyciowych perypetii. Czysty swir. Nie mozna byc normalnym pamietajac to wszystko, w pewnym momencie ulega sie poplataniu w gmatwaninie faktow, zdarzen i marzen. Jesli to jest moje ego - pomyslalam, to samo sie zniszczy predzej czy pozniej, bo juz w tym momencie wyglada na mocno nadszarpniete zyciem. Zostawilam wymoczka w spokoju, bo zal mi sie go zrobilo. Niemal go zaszczulam w tej pogoni. Ciezki oddech czulam na plecach odchodzac. Nie wiem po co ludziom zawraca sie w glowie  teoriami o  zwlaczaniu ego. Jesli ego kazdego czlowieka jest takim  "stworzeniem"- fatamorgana, zlepkiem przeszlosci, marzen, pragnien, a przede wszytskim strachu, strachu i jeszcze raz strachu, to walka z tym czyms jest bezsensownym wydatkiem energetycznym. Lepiej isc w gory, poplywac, pospacerowac nad brzegiem morza lub przytulic sie do kochanej osoby. Strach ma wielkie oczy. Poswiecanie czasu na walke z ego wydaje mi sie marnotrastwem. Nawet jesli sie je znajdzie, ukryte gdzies w ciemnej piwnicy, ego bedzie sie po prostu balo i zatrwozone smiertelnie nie odezwie sie nawet. Wystarczy bac sie troche mniej niz wlasne ego, a juz mozna mowic o zyciestwie nad nim. Troche mniej sie bac.&lt;br /&gt;Ja tam polubilam mojego tchorza, czasem rozmawiamy. Probuje przekonac moje ego, ze zycie nie jest ograniczone do mnie lub do niego, ze zycie jest wszedzie. Pokazuje mu piekno tego swiata liczac na to, ze chociaz na chwile przestanie myslec trwozliwie o swoim koncu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2878202470342593561?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2878202470342593561/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2878202470342593561' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2878202470342593561'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2878202470342593561'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/06/ego.html' title='Ego'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYq45QDeyI/AAAAAAAAAJs/Cr2tfg7M9uw/s72-c/71010019.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3713619664021706561</id><published>2008-06-02T08:15:00.000-07:00</published><updated>2008-06-04T09:53:29.893-07:00</updated><title type='text'>Incredibles versus Spiderman</title><content type='html'>W weekend obejrzalam dwa "arcydziela" kina amerykanskiego: The Incredibles i The Spiderman. Wiem, wiem, nie jestem pierwsza. Mozna wrecz powiedziec, ze sa to dziela mocno odgrzewane, ba, wrecz prehistoryczne. Nigdy jakos mnie nie pociagal sen o nadprzyrodzonej  mocy, nie zachwycali super bohaterzy, normalne zycie uwazalam za najwyzszej klasy survival.  Dlatego filmy o nad-ludzkich bohaterach, nad-ludzkich katastrofach i przygodach nie z tego swiata, nigdy nie zajmowaly miejsca w mojej wyobrazni. Postanowilam jednakowoz zapoznac sie z ikonami kultury, w ktorej zyje. Superheros jest czescia zbiorowej wyobrazni tego narodu. Pojawil sie  w latach 30. Stworzony przez potomkow Narodu Wybranego ( pierwsze komiksy z Supermenem to dzielo tandemu Siegel &amp;amp; Shuster). Przez wiele dekad ten nadczlowiek, na co dzien Clark Kent, ratowal ludzi z opresji przez nich samych tworzonych. Walczyl w imie dobra i sprawiedliwosci, stawal po stronie przesladowanych i ubogich, zawsze byl takze politycznie poprawny. Najwazniejszy jest jednak dla mnie zrab tej historii, podstawa dla wszystkich pozniejszych herosow: zwyczajny, tak na prawde niezwyczajny bohater, stawia czolo zlu tego swiata, wygrywa, ale nie bez uszczerbku. Jego osobowosc jest mieszanka czlowieczenstwa i nadczlowieczenstwa odzielonnych przebraniem, kostiumem, maska. Supermen musi miec swoj stroj zeby dokonac dziela, stroj przeistacza go w bohatera o nadludzkiej sile. Moralnie superhero jest poukladany - miewa momenty zalamania, ale generalnie wie co dobre, a co zle. Jego swiat jest czarno-bialy, cudownie pozbawiony szarosci normalnej rzeczywistosci aksjologicznej. Jego zycie osobiste jest nie poukladane - bohater  rezygnuje z milosci, zdajac sobie sprawe z konsekwencji swego zaangazowania w jakakolwiek relacje, jego super arcy sila jest przeszkoda w tworzeniu normalnego rodzinnego zycia. Bohater ma za soba ciezkie przejscia osobiste, jakas tragedia kryje sie w jego przeszlosci.  Ludzkosc, ktorej sluzy swoja sila i umiejetnosciami nie zawsze jest dla niego laskawa. Oczywiscie jest przez tlum uwielbiany, ale raczej warunkowo, w zaleznosci od zaslug. Slawa  i chwala nie trwa wiecznie. Bohater stawia czolo ambiwalencji ludzkich uczuc - kochaja go i boja sie go. A strach zawsze moze przerodzic sie w nienawisc.  Samotnosc zatem, zawsze samotnosc i ciezar bycia Innym.&lt;br /&gt;Spiderman jest typowym amerykanskim supermenem. Schemat wypelniony jest przez granatowo-czerwone ubranie, maske, ukochana, ktora sklada sie na oltarzy spolecznego zaangazowania. Ok, niech mu bedzie, ze wielka sila wymaga wielkiej odpowiedzialnosci. Cos w tym jest...&lt;br /&gt;The Incredibles byli dla mnie zaskoczeniem. Pozytywnym. Schemat jakby ten sam. Ale od poczatku wiemy, ze to nie jest "powazna historia" Film zaczyna sie fragmentami z wywiadow z naszymi bohaterami. I chociaz ogladamy to samo, co w kazdej superprodukcji - ucieczki, gonitwy, intrygi, walke dobrego ze zlym, to nie jest ta sama historia! Superherosow, po pierwsze jest wielu. Po drugie, superheros zaklada rodzine. Po trzecie, w decydujacym momencie, Mr. Incredible przyznaje, ze jest slaby, ze obawia sie o swoja rodzine i to rodzinne, wspolne dzialanie prowadzi do szczesliwego zakonczenia. Superhero nie jest sam, wiecej milosc jest dla niego najwazniejsza, to milosc wygrywa z egoistycznym zdobywaniem poklasku i slawy. (Musimy ratowac rodzicow!- mowi mala Niesamowitowna. Ich zycie moze byc zagrozone, a moze nawet gorzej - ich malzenstwo! - dodaje).  Niesamowite! Dodatkowym tematem tego filmiku jest problem z samokresleniem sie bohaterow, z samoidentyfikacja. Niesamowici nie sa zwyczajni i nie potrafia byc zwyczajni. Wszelkie proby stopienia sie z tlumem prowadza do depresji i narastajacego zniechecenia. "Maska jest twoja tozsamoscia" mowi niesamowita mama do swojej niesamowitej corki. Niesamowici musza byc tym kim sa. Moga zyc wsrod ludzi,  w gruncie rzeczy dziela ich emocje i pragnienia, ich serca sa takie same, roznia sie tylko cialem i "supersila". Tylko tym! The Incredibles jest filmem o amerykanskich idealach, podobnie jak Supermen. O ile jednak Supermen czy Spidermen opowiada o jednostce walczacej ze zlem samotnie, The Incredibles sa wyznaniem amerykanskiej wiary w tolerancje, rodzine i wolnosc bycia tym, kim sie jest.&lt;br /&gt;Dla mnie Niesamowici sa gora. Sa takim ludzkim, nie mitologicznym mitem...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3713619664021706561?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3713619664021706561/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3713619664021706561' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3713619664021706561'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3713619664021706561'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/06/incredibles-versus-spiderman.html' title='Incredibles versus Spiderman'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-1824304285518411997</id><published>2008-05-21T07:36:00.000-07:00</published><updated>2008-07-22T11:41:05.219-07:00</updated><title type='text'>D jak Dom</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYpsqMSxII/AAAAAAAAAJU/qq0a9RJaS-o/s1600-h/IMG_0001_NEW.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYpsqMSxII/AAAAAAAAAJU/qq0a9RJaS-o/s320/IMG_0001_NEW.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5225910264826872962" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dom. Prawdopodobnie jedno z najwazniejszych pojec dla wielu tysiecy, milionow ludzi. Ten fizyczny - z cegly, drewna, gliny; ten emocjonalny - przystan i bezpieczne schronienie; ten ostateczny - nasze wyobrazenie o tym skad przyszlismy i dokad zmierzamy...&lt;br /&gt;Chcialam opowiedziec o domach moich fizycznych. Jakos, z dnia na dzien, coraz mniej interesuje sie "metafizyka" codziennosci:)&lt;br /&gt;Pierwszy moj dom byl na ulicy Ogrodowej. Jedno z piekniejszych miejsc swiata. Niby zwyczajny czteropietrowy blok zamieszkiwany przez ludnosc robotnicza, ale otoczenie uczynilo go dla mnie magicznym. Z balkonu widzialm Piszczela! Piszczele lub Piszczela to zielone, niezagospodarowane miejsce w srodku Sandomierza. To miejsce zimowych slizgow saneczkowych, a letnich wypraw archeologicznych. Najlepsze skarby wykopywalam na gorze Pimpolimpo - skorupki starych garnkow, monety (nawet sredniowieczne), kosci. Piszczela byly grobem dla wojsk tatarskich i lokalnych - historyczna pamietka obrosla zielenia. W Piszczelach mieszkala takze malo juz historyczna Czarna Lapa - czyli nieokreslony zly duch porywajacy dzieci i robiacy z nimi "Bog Wie Co." Im starsza bylam, tym mniej sie balam Czarnej Lapy. Pamietam nawet, ze w wieku 7 lub 8 lat odwazylam sie krzyczec na Nia - przyjdz, pokaz mi sie! Byl to bowiem czas, kiedy sprawdzalam wszelkie Niewiedzilane. Bardzo chcialam zobaczyc dowody na istnienie jakiejkolwiek duchowosci.  Piszczela, lekko zamglone i tajemnicze w lecie i calkowicie transparentne zima dostarczyly mi typowego wzorca Arkadii. Moja Arkadia, miejsce zabaw dzieciecych byla po prostu grobem...&lt;br /&gt;Ulica Ogrodowa byla takze domem dla moich zwierzat, ktore w tamtych okresle sprowadzalam z calego miasta. Mama mowila -"ludzie zaczna gadac, ze jestes psia mama i nienormalna" No a ja po prostu rozplywalam sie w milosci do wszelkich skrzywdzonych stworzonek, karmiac je i pielegnujac. Zmiana domu przyniosla zamkniecie mojego "schroniska". Nowe mieszkanie bylo za pachnace, za nowoczesne, za lsniace na caly ten zwierzecy balagan. Przenieslismy sie do ostatniego (wowczas) bloku w miescie. Znowu mialam za oknem zielen i pola. I to bylo dobre. Kilka lat pozniej kiedy wycinali drzewa przed moim domem plakalam, czujac, ze ktos oto ostatecznie zabiera mi moje zielone dziecinstwo.&lt;br /&gt;Przenioslam sie na nasza dzialka. To znaczy w myslach nasz dzialkowy domek uwazalam za swoj. Wyobrazalam sobie zycie na tych paru metrach kwadratowych, za to w otoczeniu kwitnacych drzew owocowych, ziemniakow i pomidorow.&lt;br /&gt;Oczywiscie nasza przeprowadzka do nowego mieszaknia przyniosla  korzysci w postaci wlasnego pokoju. Oj, bylze on, byl moim domem. Kiedy nocami siedzialam wchlaniajac magie chemiczna i fizyczna, te cztery sciany byly ostoja chroniaca mnie przed wyparowaniem, zniknieciem. Te cztery sciany odzielaly mnie od swiata, ktory stawal sie coraz bardziej bolesny, coraz mniej zrozumialy.W pewnym momencie jednak wyprowadzilam sie. Spedzilam dwa zwariowane tygodnie w opuszczonym domu niedaleko kosciola Sw. Jakuba. Wielki dom, ktory kiedys moj dziadek chcial kupic mamie, ale ta nie zgodzila, bo slyszala, ze w tym domu straszy, ze jest zamieszkaly przez duchy. Przeprowadzilam sie do nawiedzonego domu i stalam sie jego duchem. Zapalalam swiece i stawialam je w oknach, przytulalam sie do pustych scian. Wyobrazalam sobie siebie, jako osobe, ktora wtedy nie bylam, wyobrazalam sobie siebie szczesliwa.&lt;br /&gt;Szpital psychiatryczny nigdy nie stal sie moim domem.&lt;br /&gt;Potem mialam swoj pierwszy samodzielny dom. Z Bartuszka nazywalismy nasze mieszkanie "domeszkiem". I byl to prawdziwy, zbudowany od podstaw przez nas, dom. Czasami lekko zbyt emocjonalny, z ogromna dawka dramy, z prowizoryczna kuchnia, w ktorej sie nie gotowalo. Ale byl to dom,  na osmym pietrze w Lublinie. Potem z Bartuszka mielismy jeszcze inny dom - byly klasztor Bozogrobcow, koszary wojsk austriackich, widok na Wawel. Podobno  ludzie czuli w nim nasze szczescie. Ale pewnego dnia kamienica pekla, a syn wlascicielki przyniosl pistolet i polozyl go w przedpokoju. Trzeba bylo zmienic miejsce. Kilka ulic dalej, na Kazimierzu zamieszkalismy na ostatnim pietrze w zydowskiej kamienicy. Uwielbialam to mieszkanie za polke na ksiazki wbudowana w sciane, za drewniana podloge i szafe ze skrzypiacymi drzwiami. Nienawidzilam tego domu za bezsenne noce, za niepokoj i wielogodzinne szlochanie. Przenioslam sie na parter.  Z Andzelka  malowalysmy szafki, szorowalysmy podlogi, mylysmy okna, kupowalysmy  dywany. Kamienica tetnila zyciem i muzyka. Max gral na pianinie, jego kot patrzyl lzawie zza szyby kredensu, Chopen budzil nas przez otwarte okna. Przy okraglym stoliku. przy zielonym piecu pilysmy wciaz herbate. Niekonczacy sie podwieczorek, poza czasem.Byl to jednak dom dzienny, bo nocami walesalysmy sie szukajac czegos tam i wracalysmy nad ranem. Ksiezyc pulchnie zawsze zagladal przez oknem. I wszedzie bylo tak blisko. Nad rzeke, na kaziemierzowskie podworko, na Rynek, na Grodzka do szkoly. Ludzie zagladali do naszego domu czesto. Zawsze wlasciwie ktos pukal. Przez niebieskie kwiatki w oknach przechodnie podpatrywali nasze cienie.&lt;br /&gt;Kilka elementow wlasnych, ktore zawsze sie ze mna przemieszczaly- ksiazki, co roku wiecej i wiecej, lustro kupione "U ruskich" z gipsowymi ramami pociagnietymi zlotolem, koszyki wiklinowe, maly niebieski dzbanuszek. Potem mama kupila mi moje pierwsze wlasne lozko, fotel i stolik. Stalam sie rowniez wlascielka komputera. Oplywalam w rzeczy.&lt;br /&gt;Byl czas, ze mialam dwa  domy. I byl to czas pelen leku. Nie mialam jednej szczoteczki do zebow, ale dwie, czesc ciuchow byla tu, czesc tam, czesc ksiazek tu, czesc gdzie indziej. Tak sie zaczela moja bezdomnosc, ktora ciagnela sie przez wiele lat. Tworzylam zwiazki z mezczyznami i nie potrafilam zbudowac, stworzyc domu. Kolejne ulice, kolejne pokoje, zawsze to samo lustro, wiklinowe koszyczki i maly niebieski dzbanuszek. Wyrzucilam lozko i stolik, komputer podarowalam dziecku.&lt;br /&gt;Kupilam tez dom, w ktorym nigdy nie zamieszkalam. Byl pieknie otoczony gorami i lasami. I chcialam w nim zyc - spokojnie, bez pospiechow i dazen. Chcialam piec chleb, chodzic na grzyby,  robic wlasny ser. Chcialam prostoty. Ale zycie sie pokomplikowalo. Sprzedaz tego domu umozliwila mi wyjazd do Stanow, spotkanie z moim mezem i stworzenie w koncu przystani.&lt;br /&gt;Mieszkam na ulicy Lesnej, ja Sylwia-Lesna, mam swoje lozko, stolik i cztery krzesla, mam wielka amerykanska kanape i polki z ksiazkami. Kiedy wychodze, przed zamknieciem drzwi, chwile patrze na moje mieszkanie i mysle sobie - oto moj dom. I jestem bardzo szczesliwa.&lt;br /&gt;Dobrze miec dom, dobrze o tym wiedziec.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-1824304285518411997?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/1824304285518411997/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=1824304285518411997' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1824304285518411997'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/1824304285518411997'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/05/d-jak-dom.html' title='D jak Dom'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYpsqMSxII/AAAAAAAAAJU/qq0a9RJaS-o/s72-c/IMG_0001_NEW.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-5425800368920100765</id><published>2008-05-14T17:00:00.000-07:00</published><updated>2008-05-14T18:29:00.590-07:00</updated><title type='text'>C - cichosza...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SCuRyRSfd5I/AAAAAAAAAHY/U_P1LciiV44/s1600-h/71050024.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SCuRyRSfd5I/AAAAAAAAAHY/U_P1LciiV44/s320/71050024.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5200410487549818770" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Gdyby ktos zapytal mnie wczoraj o najwazniejsze "c" w moim zyciu, musialabym odpowiedziec - Celtics! Wczoraj po raz pierwszy bylam na meczu amerykanskiej koszowki w ogromnej, jak na Ameryke przystalo, hali wypelnionej po brzegi bostonczykami zakochanymi w swojej druzynie. Trzeba dodac, ze bostonczyk z istoty swojej jest kibicem. Sa cztery swietosci w swiecie prawdziwego kibica - Patriots, Red Sox, Celtics i Bruins. Wiecej swietosci nie ma, w ogole nie ma nic ponad to. Prawdziwy bostonczyk wierzy tylko w swoje cztery druzyny, prawdziwy bostonczyk placi ponad tysiac dolcow zeby zobaczyc mecz, prawdziwy bostonczyk placze, gdy jego druzyna przegrywa... Wczoraj poczulam namiastke swietej sportowej wiary, wsrod tlumu dwudziestu tysiecy osob wrzeszczalam: Let's go Celtics!!! Poza tym jadlam hot-dogi, pilam coca-cole, dla odmiany krzyczalam: "Cleveland sucks!" ; probowalam nawet spiewac z innymi hymn  amerykanski, ale stwierdzilam po chwili, ze moja amerykanizacja posuwa sie stanowczo za daleko i ucichlam.&lt;br /&gt;I o ciszy wlasnie chcialam przy okazji mojego wewnetrznego alfabetu opowiedziec. Dla mnie cisza jest jak "przedmiot luksusowy", najwyzszej jakosci, trudno dostepny rarytas. Banalizowanie ( boze, czy taki wyraz w jezyku polskim istnieje?) o roznych ciszach, o kolorach ciszy - o ciszach bialych i szaroburych, o natezeniach ciszy, o emocjonalnym zabarwieniu ciszy, wszystko to zostawiam za soba. Chcialabym po prostu, po cichu, bez szumu nadiaru slow opowiedziec o ciszy mojej codziennej.&lt;br /&gt;Kiedy zamykam drzwi za moim mezem wychodzacym do pracy, zostaje sama w ciszy. Wracam do lozka, nakrywam sie koldra i zanurzam w blogostanie nastepnych kilku kwadransow wypelnionych cichutkim strumieniem mysli. Niczego nie chce wtedy pamietac, niczego nie chce analizowac, nie chce robic planow na dzien, ktory swita za oknem. Leze sobie tak nigdzie nie pedzac i nie spieszac sie do niczego i czuje, ze wreszcie odpoczywam - od snow, od ludzi, od jezykow dwoch i dwoch swiatow moich. Moj towar luksusowy, moja najwspanialsza maseczka pieknosci, moj balsam wiecznej mlodosci, moja kuracja botoksujaca zmarszki codziennych  zmagan z rzeczywistoscia.&lt;br /&gt;A czasami wykorzystuje cisze uprzednio zmagazynowa i zapiklowana w sytuacjach nadmiaru slow. Czlowiek, drugie najwazniejsze "C" w moim zyciu, gada nieustannie do siebie i innych. Taka jego natura - kreacja, konstrukcja, kokieteria. Czasami trudno jest czlowiekowi nad dzielami swymi zapanowac. Wtedy rodzi sie chaos zamiast kosmosu. W pewnym momencie zorientowalam sie, ze  nadmiar slow wypisywanych i wypowiadanych jest  rodzajem tarczy maskujacej strach  przed prawda, przed cisza. Slowa i wrzask jest rodzajem upartej samoobrony przed niewidzialnym wewnterznym przeciwnikiem. I zamurowalo mnie. Z otwarta z zadziwienia buzia uslyszalam sama siebie spierajaca sie o  racje,  siebie negujaca slowa wszystkich znanych mi ludzi - przyjaciol i nieznajomych, uslyszalam w koncu swoj upor. Zrozumialam, ze jestem z tych, co to zawsze maja ostatnie zdanie do dodania, ostatnie "nie" do wypowiedzenia. I zamilklam. Teraz w sytuacjach dialogu z drugim czlowiekiem otwieram zlota nakretke z balsamem ciszy - chce sluchac!, chce milczec!, chce zobaczyc czlowieka odbijajacego sie we mnie. Pyszna jest ta  cisza. Ale dawkuje sobie  ambrozje starannie, bo wiele mnie ona kosztuje - wysilku przymkniecia siebia, mojego nie pocieszonego i nie uciszonego ego. Niesamowite, ze po trzydziestu latach gadania, zdecydowalam sie takze posluchac, nie tylko sluchac.&lt;br /&gt;Mam w swoim zyciu jeszcze jedna cisze, ktora uwielbiam. To cisza tuz po dobrym treningu aikido, kiedy siadam w seiza i czuje jak moje cialo pulsuje z radosci (hmm, nie mowie tutaj o seksie, chyba).  W tym milczeniu takze  mnie  nie ma, nie ma mojej gadatliwej, oceniajacej, rozdrabniajacej i logicznej swiadomosci.  Nie ma  cogito,  a jestem,  cicho.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jeszcze jedno wazne C. C jak ciastko. Nic na to nie poradze, ze uwielbiam slodycze, ze moglabym sie zywic wylacznie ciastem z jablkami, ze pierwsza ma poranna mysla jest mysl o ciastku z kremem. Cukier jest moja podstawowa substancja dietetyczna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach, ciagle slysze ten kawal, wiec w koncu musze go zapisac.&lt;br /&gt;Starszy mezczyzna lezy w lozku, jest umierajacy. W pewnym momencie czuje zapach gotowanych i smazonych pierogow. I nagle czuje, ze zycie znow w niego wstapilo, czuje sie silniejszy i zdrowszy. To tylko iluzja. Ale zapach pierogow wyciaga biedaka z lozka, Powloczac nogami, z pomoca swojej laski dociera do kuchni. Raj! Jego polska zona faktycznie robi pierogi, cale misy pierogow. "Dziekuje kochanie, ze zrobilas dla mnie ostatni raz pierogi" - mowi i juz chce zlapac pierwszy z brzegu pierozek gdy slyszy: "Zostaw to, te sa na pogrzeb!"&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-5425800368920100765?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/5425800368920100765/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=5425800368920100765' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5425800368920100765'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/5425800368920100765'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/05/c-cichosza.html' title='C - cichosza...'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SCuRyRSfd5I/AAAAAAAAAHY/U_P1LciiV44/s72-c/71050024.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-8934241677423082816</id><published>2008-05-01T16:11:00.000-07:00</published><updated>2008-09-06T19:16:13.502-07:00</updated><title type='text'>1 Maja</title><content type='html'>Dzis zaczelam prace dla World Citizens Party.&lt;br /&gt;Hmm, dzisiaj wiec powiem tak:&lt;br /&gt;The starting point for a better world is the belief that it is possible.:)&lt;br /&gt;So maybe WCP's call for the World Democratic Government is a good beginning...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-8934241677423082816?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/8934241677423082816/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=8934241677423082816' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8934241677423082816'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8934241677423082816'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/05/1-maja.html' title='1 Maja'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-9120322681024303269</id><published>2008-04-30T17:28:00.000-07:00</published><updated>2008-08-08T10:00:05.561-07:00</updated><title type='text'>B jak Bardzo</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYpUUBTNHI/AAAAAAAAAJM/fYhXR-e35pc/s1600-h/S7300237.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5225909846558323826" style="FLOAT: left; MARGIN: 0pt 10px 10px 0pt; CURSOR: pointer" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYpUUBTNHI/AAAAAAAAAJM/fYhXR-e35pc/s320/S7300237.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;B w moim zyciu to po prostu "bardzo wiele rzeczy". Przez jakis czas myslalam, ze jestem "skazana na B". Zaczawszy od tego, ze wszyscy mezczyzni, w ktorych sie zakochiwalam mieli imie lub nazwisko zaczynajace sie na B, poprzez moj pierwszy wielki zakup - dom w Baczynie kolo Suchej Beskidzkiej, cudowne spedzone chwile w Bochencu, Bukownie, no i teraz przyszlo mi mieszkac w Bostonie. Ale najwazniejsze B w moim zyciu, B z ktorego to wszystko wynika, i w ktorym to wszystko spoczywa jest B jak Bog, jak Buddyzm. I nie jest to paradoks, a jesli jest, to niech tam, niech sobie bedzie. Ten paradoks jest dla mnie bardzo wazny, najwazniejszy.&lt;br /&gt;Ja i Bog mielismy dluga i ciezka droge do przebycia, zanim sie wzajemnie zaakceptowalismy. Lubilismy walczyc o pierszenstwo racji, pierszenstwo wizji i kreacji. Czasami pozwalal mi wygrywac, czasami byl nieustepliwy i doprowadzal mnie tym do szalu, bo kompletnie nie rozumialam takiej zawzietosci, nie chcialam Go sluchac. Persfadowalam jak dziecku: nie zawsze mozna miec racje, czasami trzeba wysluchac czlowieka, bo a nuz jego opcja ma cos w sobie, nie mowie, ze jest lepsza, co to, to nie, ale moze wniesc jakas nowa jakosc, w koncu czlowiek ma ta wyobraznie i wolna wole nie od parady. Wydawal sie sluchac... Czasami.&lt;br /&gt;Czasami moja zawzietosc byla zadziwiajaca. Uparcie nie wierzylam. Rozmawialam z Nim, klocilam sie z Nim, pertraktowalam i bylam przekona o Jego nieistnieniu. Za kazdym razem nie wahalam sie mu Tego wypomiec: "A Ciebie po prostu nie ma, nieobecni nie maja racji". Spuszczal wtedy glowe i przytakiwal: "Jesli tak uwazasz, ok, nie ma mnie". Och jakze mi bylo w takich chwilach przyjemnie. Moj Bog bardzo mnie sluchal i zaczynalam Go lubic za ta spolegliwosc i zgodnosc. Moj ateizm byl wiec na wskrosc przesiakniety Bogiem. Bogiem zgadzajacym sie ze mna, Bogiem poslusznym, Bogiem nieobecnym.&lt;br /&gt;Ale Bog i ja jestesmy zbyt blisko siebie by godzic sie na takie tymczasowe kompromisy. Troche pogadalismy, troche wzajemnie sobie poplakalismy. Poplakalismy sobie glownie nad czlowiekiem i swiatem. Tutaj wlasnie pojawil sie w moim zyciu buddyzm, ktorego konstatacje o kondycji wszechswiata i praw nim rzadzacych uznalam za jak najbardziej sluszna, a moj Bog tylko pokiwal glowa: "Tak, tak, kazdy skutek ma swoja przyczyne; zycie jest procesem, swiadomosc jest procesem, wszechswiat jest ciagle zmieniajaca sie energia". I w ten sposob w moim zyciu pojawila sie wiara. Bo moj Bog powiedzial, ze tak to wyglada i ja w to uwierzylam. Na amen. Bez cienia watpliwosci. I kiedy zrozumialam, ze dostalam cos niesamowitego- laske wiary, inaczej, jakos tak bez agresji spojrzalam na Boga. Czulam sie wdzieczna, ogromnie wdzieczna, nieskonczenie wdzieczna. I On tez. Czulam sie na miejscu. I On tez. Czulam sie pogodzona. I on tez. Pewnie. Tak na prawde nie wiem jak On sie czul, bo to nie moj biznes jest.&lt;br /&gt;Ale od tamtej pory po prostu gadamy, bardziej po ludzku, tak sobie dialogujemy w najlepsze i ufam mu bardzo, najbardziej. Bardziej niz sobie. W koncu to Bog jest!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-9120322681024303269?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/9120322681024303269/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=9120322681024303269' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/9120322681024303269'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/9120322681024303269'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/04/b-jak-bardzo.html' title='B jak Bardzo'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYpUUBTNHI/AAAAAAAAAJM/fYhXR-e35pc/s72-c/S7300237.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3650195335874320646</id><published>2008-04-28T08:13:00.000-07:00</published><updated>2008-07-22T11:37:10.880-07:00</updated><title type='text'>Poczatek alfabetu - aikido.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYoyY1c1BI/AAAAAAAAAJE/Nj-CXxZcSIY/s1600-h/DSC_9370_2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYoyY1c1BI/AAAAAAAAAJE/Nj-CXxZcSIY/s320/DSC_9370_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5225909263735247890" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Moj alfabet "rzeczy istotnych" zaczyna sie od A.&lt;br /&gt;A jak aikido.&lt;br /&gt;Nie jestem chyba w stanie wyliczyc wszystkich konsekwencji wewnetrznych i zewnetrznych, zwiazanych z moja aikidocka praktyka.&lt;br /&gt;Jest cos uzalezniajacego w aikido. W dojo mozna spotkac ludzi, ktorzy cwicza od lat 30 - 40 i wciaz zywa jest ich pasja.  Nie wiem, czy aikido jest sztuka samoobrony; nie wiem, czy jest efektywne; nie wiem czy jest techniczne doskonale, miekkie czy twarde...Dla mnie istotne w aikido jest to, ze z czasem przynosi pewnego rodzaju pewnosc, ktora nie jest egocentryczna;  jest raczej uniwersalna... Pewnosc wynika z  przyswojenia zasad, ktorych nikt nie zwerbalizowal...Wiec milcze o tym.&lt;br /&gt;Na poczatku, pamietam to doskonale, cieszylam sie z samego ruchu, z tego, ze kazdy trening byl wyzwaniem dla mojej pamieci ruchowej. Jak w szkole musialam zapamietac rodzaj ruchomego wiersza - wers po wersie musialam nauczyc sie recytacji. Dodatkowym elementem kazdej lekcji bylo to, ze zawsze towarzyszyla mi druga osoba, zywy czlowiek odtwarzajacy swoj wierszyk. Obydwoje dostawalismy ten sam skrypt, a jakze rozna byla interpretacja. Roznorodnosc mnie zachwycila. Zrozumialam, ze na tych lekcjach  dowiaduje sie nieslychanych rzeczy nie tylko o moim partnerze i jego osobowosci widocznej w ruchach i reakcjach, ale i o sobie. Wielokrotnie przylapywalam sie na agresji, niespodziewanej zlosci, checi bycia lepsza niz jestem, zniecheceniu, nieufnosci, proznosci, egocentryzmie, a przede wszytskim na strachu.  To kim jestem poza mata, przeklada sie na to, kim jestem na macie. Ale wraz z praktyka - stopniowym zapominaniu o sobie recytujacej, zaczely pojawiac sie chwile, w ktorych byl tylko wiersz, czysta poezja i jako jej nosnik pozostawalam dla siebie samej nieomal niezauwazalna. Aikido stalo sie czescia mnie, albo ja stalam sie czescia aikido. Dlatego  zawsze powtarzam: aikido zawdzieczam lepsza czesc mnie.&lt;br /&gt;Prawdziwym wyzwaniem stalo sie jednak bycie uchi-deshi. Oto jestem w dojo, w centrum Manhatanu i jedynym moim obowiazkiem jest cwiczyc, cwiczyc, cwiczyc. Hmmm, no jeszcze sprzatac dojo i odbierac telefony... Przez pierwszy miesiac czulam sie jak w raju - robie to co kocham i nic wiecej nie musze. Potem zachorowalam. I pewien czlowiek w dojo przekazal mi lekcje o aikido. "Aikido  &lt;nie byciu="" soba=""&gt; - powiedzial - &lt;/nie&gt;polega &lt;nie byciu="" soba=""&gt;na wyzbyciu sie siebie, wiec przestan byc chora i obolala, bo jest to fikcja. Slabosc i choroba nie sa czescia aikido. Znienawidz swoje cialo i pokaz mu, ze to ty nim rzadzisz, a nie ono rzadzi toba." Bzdura! - chaialam krzyczec. W ten sposob rodzi sie paranoja. Ta ideologia moze sprawdza sie w przypadku checi uczynienia z czlowieka "nadczlowieka" . Ale ja nie mam takich ambicji. Ja nie daze do bycia perfekcyjna, nie chce oswiecenia, wyzwolenia i innych bonusow wynikajacych ze "zwyciestwa nad soba". Ja wcale nie chce zwyciezac w walce ze soba, ja nawet siebie lubie... I nagle zrozumialam, ze jestem w zlym miejscu. Moja droga do aikidockiego oswiecenia zakonczyla sie przepascia - powinnam w nia skoczyc, nie pytajac sie o sens skoku, powinnam po prostu wierzyc w droge,  lecz oto moja europejska natura zwyciezyla - zaczelam pytac sie "po co?, dlaczego?". No i stracilam ochote na kontynuacje. Wyprowadzilam sie z dojo. Zaczelam normalne zycie, oczywiscie kontynuujac treningi. Ale cos sie zmienilo. Moje aikido wyciszylo sie, stalo sie delikatne, bez cienia zawzietosci ( moze pasji?). Teraz trenuje nieomal jak robot. Pada haslo, wykonuje techniki. Niczego juz nie chce osiagnac, nic nie chce nikomu udowodnic, nie mam ochoty byc lepsza niz ktokolwiek. Dziekuje swojemu partnerowi, dziekuje nauczycielowi i wychodze z dojo, zapominajac o treningu.&lt;br /&gt;W sobote pojechalam do NYC spotkac sie z  moim polskim nauczycielem. Cud wiary powrocil do mnie  na chwile. Czysta przyjemnosc cwiczenia, bycia z ludzmi, obierania ich emocji i reagowania na nie. Smiech.&lt;br /&gt;Zawsze mi bedzie tego brakowalo. Bede tesknic za moim polskim sensei. Moj polski sensei mowil o zwycistwie nad bolem i strachem, ale ja zapamietalam te momenty, w ktorych cale dojo sie po prostu smialo i lekkosc "nie-dazenia" unosila sie w powietrzu.&lt;br /&gt;Moj wielki sensei , ktorego rowniez brakuje mi w Cambridge na pytanie o 5 zasad aikido odpowiada - pokoj i milosc. I wlasnie w to aikido ja wierze. Sam sensei walczy ze swoim nalogiem palenia i w chwilach slabosci ( a ma ich wiele) po prostu kocha ludzi i muzyke. Jest czlowiekiem. I boli go glowa nastepnego dnia,  nie cwiczy. Moj wielki sensei jest doskonalym aikidoka. A ja przestalam chciec byc doskonalym aikidoka. Chce sobie po prostu trenowac i byc czlowiekiem. Niedoskonalym.&lt;br /&gt;&lt;/nie&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3650195335874320646?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3650195335874320646/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3650195335874320646' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3650195335874320646'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3650195335874320646'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/04/moj-alfabet-rzeczy-istotnych-zaczyna.html' title='Poczatek alfabetu - aikido.'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SIYoyY1c1BI/AAAAAAAAAJE/Nj-CXxZcSIY/s72-c/DSC_9370_2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-9209012011767671291</id><published>2008-04-18T07:09:00.000-07:00</published><updated>2008-07-22T11:35:28.139-07:00</updated><title type='text'>Kilka uwag o terazniejszosci</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjIQYs8yVI/AAAAAAAAAGo/lvAN_q74elo/s1600-h/GetAttachment-3.aspx.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjIQYs8yVI/AAAAAAAAAGo/lvAN_q74elo/s320/GetAttachment-3.aspx.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5190618754378942802" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Kazda noc bogata jest w sny. Moje mieszkanie musi "cos w sobie miec", bo jeszcze nigdy, w zadnym miejscu na swiecie, w ktorym mialam przyjemnosc i nie przyjemnosc mieszkac, nie mialam tylu snow. Moja mama zasugerowala rozwiazanie kosmiczne  - skorupki jajek nalezy polozyc pod lozkiem. Wiem, ze jej "wiedza" przekracza wielokrotnie moje zrozumienie swiata. Kiedys nie moglam sie z tym pogodzic i przeciwstawialam sie maminym "przesadom". Ale starzenie sie, w moim przypadku, oznacza wieksza dawke ugodowosci i otwartosci na inne "ego". Skorupki z jajek przyniosly spokojny sen mojego meza. Spi jak dziecko. Raz na tydzien do miseczki pod lozkiem dokladam nowe wapienne skarby, swieza energie spokoju. Pomaga.&lt;br /&gt;Moje senne "koszmary" nie sa tak posluszne. Cala ma zawzietosc i upor skoncentrowaly sie w "poswiadomosci", ktora nie chce sluchac modrosci Prawiecznej. To znaczy, spie o wiele lepiej, ale wciaz kazda noc jest rodzajem podrozy do przeszlosci. Jakbym nie mogla sie z nia rozstac... Tak, bo kazdy sen to rodzaj historii, ktora przenosi przeszlosc w terazniejszosc.&lt;br /&gt;Od wielu juz miesiecy jestem odizolowana od mojej przeszlosci, co sobie chwale i blogoslawie. Oddalenie fizyczne pomaga mi "zlapac dystans". Jak doktor Jackyl i mister Hyde istnieje jednak Sylwia dzienna i Sylwia nocna. W dzien jestem szczesliwa i pogodzona ze swoim zyciem; wybaczylam sobie swoje bledy. W dzien wydaje mi sie, ze wszytsko  jest  pod kontrola swiadomosci, ze kazde uczucie jest mi znane, ze znam motywy swojego postepowania.W nocy swiat powraca w innym porzadku - nieprzewidywalnym za dnia. Kazde uczucie odslania swoja ukryta nature - strach i resentyment.&lt;br /&gt;Prawie dwa lata temu przeprowadzilam na sobie terapie wstrzasowa i wydawalo mi sie, ze dotarlam do najglebszych pokladow swojego strachu.&lt;br /&gt;W moich snach terazniejszych widze siebie otoczona przez ludzi, ktorych kochalam (kocham) i kazda krzywda doswiadczana w przeszlosci wraca odbita w innym zwierciadle. Jeszcze raz doswiadczam bolow rozstan, klotni, jeszcze raz jestem  w srodku sytuacji, w ktorych nie wiedzialam jak powinnam sie zachowac. I mam okazje zmienic bieg wydarzen! Bo jestem w tych snach soba terazniejsza, mam wiedze o tym, co nastapilo pozniej. Moge wprowadzac korekty i ogladac sen pt. "co by bylo, gdybym wtedy postapila inaczej, zachowala sie inaczej..."&lt;br /&gt;Tak na prawde zmiany sa tylko chwilowe, ogolna suma zawsze sprowadza sie do mnie w dniu dzisiejszym. Zadna alternatywa nie jest lepsza od tego, co w rzeczywistosci sie wydarzylo, zadna nie jest gorsza. Ale meczy mnie ciagle spotyknie sie w nocy z moja przeszloscia. Z nocy na noc dzwigam ciezar swojej historii. Jakbym byla zbudowana z jakiejs bardzo delikatnej substancji, w ktorej kazde wydarzenie wyrzezbia skaze, ryse, natychmiast utrwalana i nieusuwalna. Mam tylko nadzieje, ze sny sa ostatnim miejscem oporu mojej przeszlosci. Kazdy jej fragment przepracowalam swiadomie, teraz pora na oniryczna bitwe. Mam nadzieje, ze pozwole wygrac mojej historii i w koncu sie uspokoi, poczuje zaakceptowana:)&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Chodze znow do szkoly! Od dwudziestu paru lat chodze do szkoly! Chyba lubie sie uczyc...A moze to kwestia wiecznych kompleksow, wiecznego czucia sie "nie do". Niewazne. Tym razem ucze sie sztuki dyskusji po angielsku i czytam angielska literature. Uwielbiam swoj nowy jezyk, chociaz sprawia mi tyle klopotow i meka jest moja codzienna. Moje wspolklasowiczki ( same kobiety!) tworza cudowna mieszanke kultur - Japonia, Wietnam, Tajwan, Korea, Belgia, Bulgaria, Niemcy, Wenezuala, Brazylia, Egipt, Maroko, Iran i Polska. Dyskusje na temat roznic kulturowych, stereotypow myslowych, polityki, religii, etykiety i etyki, mniam, mniam, czysta przyjemnosc. Uwielbiam te lekcje. Wczoraj rozmawialismy o sytuacji kobiety w Ameryce, w porownaniu do naszych krajow. Dyskusja zaczela byc bardzo osobista. I nagle okazalo sie, ze niemal wszystkie opowiadamy ta sama historie. Dobra praca i wyksztalcenie w naszych krajach ojczystych i nagle ta Ameryka, w ktorej z powodu jezyka, badz roznic kulturowych czujemy sie lekko wyobcowane; ta Ameryka , w ktorej chcemy znalezc swoje miejsce i byc soba - nie sprzataczka, nie po prostu zona, gospodynia domowa, wyprowadzaczka psow...Chcemy swojej malutkiej niezaleznosci i godnosci. Nie jestem wyjatkowa! Hurra!&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Kolejna sprawa jest moja praca. Dostalam prace! Cud! Bede pracowac dokladnie tak samo jak w Polsce. Cud! CUD!&lt;br /&gt;Jutro pierwsze spotkanie zarzadu mojej organizacji: World Citizens Party - Partia Obywateli Swiata. Jest to organizacja non-profit.Glownym celem WCP jest reorganizacja Organizacji Narodow Zjednoczonych tak, by utworzyc wielonarodowy organ egzekucyjny i prawodawczy skladajacy sie z przedstawicieli wszystkich krajow nalezacych do ONZ, wybranych w proporcjonalnych, demokratycznych wyborach; taki Rzad na poziomie globalnym. WCP ocenia ONZ jako organizacja lekko juz skostniala i wymagajaca odswiezenia, po to, by sprawnie reagowac na zagrozenia pojawiajace sie na swiecie.&lt;br /&gt;WCP ma takze swoje ambicje wyborcze, jako tak zwana "trzecia partia" liczy na poparcie w wyborach parlamentarnych.&lt;br /&gt;Glownym zadaniem WCP sa dzialania pro-pokojowe - lobbing przeciw-wojenny ( a wiadomo, ze ten temat stanowi teraz w Ameryce top hot 10).&lt;br /&gt;Dostalam piekne stanowisko zatytulowane managing director. Nie wiem co z tak piekna nazwa poczac. Ale sytuacja przypomina mi mocno moja polska przeszlosc.&lt;br /&gt;Partia dostala w spadku jakies pieniazki i bedzie wydawac je glownie na ulotki, organizacje zebran, ewentualnie jakies materialy anty-wojonne, pro-edukacyjne.&lt;br /&gt;Oczywiscie boje sie jak cholera, o ile w Polsce mialam swoja bron - jezyk, tutaj jestem tego pozbawiona. Ale biore na siebie to wyzwanie. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-9209012011767671291?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/9209012011767671291/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=9209012011767671291' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/9209012011767671291'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/9209012011767671291'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/04/kilka-uwag-o-terazniejszosci.html' title='Kilka uwag o terazniejszosci'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjIQYs8yVI/AAAAAAAAAGo/lvAN_q74elo/s72-c/GetAttachment-3.aspx.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3899694182951734480</id><published>2008-04-03T06:36:00.000-07:00</published><updated>2008-04-18T09:18:18.074-07:00</updated><title type='text'>Historia pewnej kobiety</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjJsIs8yXI/AAAAAAAAAG4/l3FxkeCM9JA/s1600-h/S7300254.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjJsIs8yXI/AAAAAAAAAG4/l3FxkeCM9JA/s320/S7300254.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5190620330631940466" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ojciec Dany byl pastorem, murzynskim wieszczem, ktorego kazania porywaly tlumy. W czasie gdy on zakladal kolejne koscioly, jego zona rodzila dzieci. Dana byla ostatnia. Swieta rodzina przemieszczala sie z miejsca na miejsce znajdujac coraz to nowych wyznawcow, spiewajac i wielbiac Pana w duchu Gospel. W koncu pastor zostal "biskupem". Nie mozna bylo wspiac sie wyzej. Przez lata religijnej tulaczki Dana nie mogla znalezc przyjaciol, wszedzie byla za krotko zeby nawiazac prawdziwe relacje;  zyla sobie zatem w swiecie swoich marzen. Marzyla zeby byc piekna - jak jej siostra, ale nie byla. Marzyla, zeby miec talent aktorski - jak jej brat, ale nie miala. Marzyla o dobrym wyksztalceniu, ale jakos nie mogla skupic sie w szkole. Byla gruba, bardzo gruba. Nie spotykala sie z nikim, bo wstydzila sie swojego ciala. Wiedziala, ze w tym ciele jest jakas dusza, ale nie mogla jej znalezc pod faldami tluszczu. Czula sie bardzo samotna w tej wspanialej rodzinie, w ktorej wszyscy gdzies biegli, by sie spelnic, by zostac zauwazonymi... Ona nie musiala sie starac, zawsze byla zauwazana, trudno bylo przegapic takiego hipopotama.&lt;br /&gt;Niektorzy lubia grube dziewczynki. Miala 19 lat kiedy jej dziadek w piekne letnie popoludnie zgwalcil ja. Nikomu nie powiedziala ani slowa. Wziela prysznic. Powtorzylo sie to jeszcze pare razy. Nic nie mowila, brala prysznic. "Zmyjesz sobie skore" - ostrzegala mama. Wlasnie skonczyla 20 lat, gdy wyladowala w szpitalu. Odeszly jej wody plodowe. Urodzila syna. Wszyscy byli zaskoczeni bo nikt  nie wiedzial o ciazy. Ojciec przyjechal po nia do szpitala. Powiedzial - wszystko bedzie dobrze. Pierwszy raz w zyciu pomyslala - tak, wszystko bedzie dobrze, bo mam teraz syna, ktoremu dam milosc; mam kogos. Ojciec wsadzil ja do samochodu i pojechali do domu. Samochod zatrzymal sie tylko raz na swiatlach. Otworzyly sie drzwi, czyjes rece wyrwaly zawiniatko z niemowlakiem. Pustka w brzuchu i pustka przytulana do serca bolaly Dane. Ojciec powiedzial - wszystko bedzie dobrze, jestem pastorem, a ty wrocisz do szkoly. Od tamtej pory nie bylo dnia, zeby nie myslala o swoim synku. Uczyla sie i chudla. Pewnego dnia obudziwszy sie i spojrzawszy w lustro zobaczyla dziewczyne, ktora zawsze chciala byc. Piekna, mloda, wyksztalcona murzynke, corke pastora 6000 kosciola. Byla gotowa zaczac wszystko od nowa. Dawno przebaczyla swojemu dziadkowi - byl niewolnikiem, na jego plecach zaznaczono pietno nieposluszenstwa, wyryto cudza wole; mial ciezkie zycie. Pewnego dnia przyszedl do Dany mezczyzna. Powiedzial: zakochalem sie i chce zebys zostala moja zona. Zgodzila sie iustalila termin nastepnego spotkania z kalendarzykiem w reku. Kilka dni pozniej pod dom podjechal samochod z  dobrze zapowiadajacym sie prawnikiem. Powiedzial: zakochalem sie i chce zebys byla moja zona. Zgodzila sie i zastanawiala sie jak splawic poprzedniego kandydata. Pewnego wieczoru w domu rodzicow goscil mlody, przystojny doktor. Powiedzial: potrzebuje Cie. Natychmiast wyszla za niego za maz. Tylko on znal szyfr do jej serca - potrzebuje Cie! Teraz miala projekt. Uczynic zycie swojego mezczyzny pieknym i szczesliwym. Nie bylo latwo. On pil, ona wciaz jadla, wracajac do swojej natury - ukrycia. Urodzily sie  im dzieci. Peter nie wracal zbyt czesto do domu - byl zajety "robieniem pieniedzy" i piciem oczywiscie. Zaczela go sledzic, ukryta pod kocem na tylnym siedzeniu samochodu, popadajac w chorobliwa zazdrosc. Kiedy zadzwonila do domu ze szpitala z wiadomoscia "mamy syna" telefon odebrala inna kobieta. Mimo to wciaz kochala swojego meza, wciaz wierzyla w swoj projekt. Jeszcze wszystko jest mozliwe. Stworzymy dom idealny. Powtarzala.&lt;br /&gt;Nic jednak nie bylo idealne. Kiedy corka miala lat nascie przyszla do Dany i oswiadczyla: jestem lesbijka. "Nie, nie jestes" - odpowiedziala Dana. Przez 10 lat nie widziala swojej corki, ktora blakala sie po swiecie w poszukiwaniu milosci. Jak wszyscy. Pewnego dnia Dana dostala telefon:  "Mamo, wychodze za maz". Jak to? - pomyslala Dana, ale nie pytala sie o  nic , tylko wsiadla w samolot i poleciala zobaczyc wybranke serca swojej corki. To byl mezczyzna. Corka Dany byla szczesliwa. Jej malzenstwo nie trwalo jednak dlugo. Po 6 miesiacach maz corki umarl.&lt;br /&gt;Rok pozniej syn Dany powiedzial: "Mamo, jestem homoseksulista". OK - powiedziala Dana. "I mam AIDS" - dodal. "  Nie, nie masz" - odpowiedziala Dana. Nie chciala go stracic. A jednak. Dwa lata pozniej, Dana i jej maz siedzieli przy lozku szpitalnym patrzac jak ich syn odchodzi. Prawie nie plakali. Czuli dziwny spokoj. Maz Dany nie pil juz od paru lat, ona w koncu nie zajadala swoich nadzieji. Kilka lat pozniej Dana pozegnala sie z Peterem. Podziekowal za projekt, przeprosil za niemozliwosc realizacji. Oboje sie smiali.&lt;br /&gt;Cztery lata temu, siostra Dany zaprosila ja na swieta. Przy swiatecznym stole wyznala, ze jej drugi syn jest adoptowany, jest wlasciwie dzieckiem Dany. Po czterdziestu latach Dana trzymala w ramionach swojego synka.&lt;br /&gt;Jest nadzieja - powtarzala caly czas. I wiara. A najwazniejsza jest milosc - milosc bezwarunkowa.  Trudno sie jej nauczyc. Ale teraz ja czuje...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie moglam powstrzymac placzu.  Przez moment mialam wrazenie, ze rozmawiam ze swieta. Ale nie, to byla zwyczajna kobieta po siedemdziesiatce...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3899694182951734480?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3899694182951734480/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3899694182951734480' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3899694182951734480'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3899694182951734480'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/04/historia-pewnej-kobiety.html' title='Historia pewnej kobiety'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjJsIs8yXI/AAAAAAAAAG4/l3FxkeCM9JA/s72-c/S7300254.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2032825958103808373</id><published>2008-03-31T15:56:00.000-07:00</published><updated>2008-03-31T17:08:39.616-07:00</updated><title type='text'>Wizyta u lekarza</title><content type='html'>Dzisiaj wizyta u lekarza. To moja druga wizyta u doktora Singera - specjalisty medycyny imigracyjnej. Taka dosyc specyficzna specjalizacja, w Polsce przypuszczam niezbyt popularna. Wazna infomacja o doktorze Singerze - habla Espanol. To czyni jego medycyne, jak mniemam, bardzo wyspecjalizowana. Doktor Singer ma dziwny, bardzo silny akcent. Nie jestem biegla w odroznianiu akcentow, z pewnoscia nie jest to hiszpanski. Twardy, powiedzialabym europejski lub morzo-czarny akcent, jak kto woli.&lt;br /&gt;Moje spotkanie z doktorem bylo urocze. Stalam pod drzwiami do przychodni i naciskalam przycisk "dzwonic". Nikt nie otwieral. Za mna stal czlowiek z usmiechem na twarzy. Po  jakims czasie zapytal: do kogo ona? Odpowiedzialam grzecznie.&lt;br /&gt;- Jestes z Izreala? - zapytal.&lt;br /&gt;- Nie, wlasciwie nie - powiedzialam, myslac - o cholera, znowu...&lt;br /&gt;- Ale zydowka? - nie ustepowal.&lt;br /&gt;- Jestem z Polski - powiedzialam stanowczo. Chcialam zakonczyc dyskuje o moim pochodzeniu. Powiedziec " z Polski" znaczylo powiedziec: "a skad ja moge wiedziec jaka krew we mnie plynie".&lt;br /&gt;- Tak, wy macie tam podobna kulture do amerykanskiej, nie? - odparl mezczyzna, a ja ucieszylam sie, ze rozumie. - Jestem doktor Singer - dodal i otworzyl drzwi.&lt;br /&gt;- Acha, drzwi byly caly czas otwarte, wystarczylo nacisnac klamke, ale Ty po pierwsze wierzylas w to co napisane, po drugie czekalas na cud - samoczynne otwarcie drzwi. Dlatego pomyslalem zes Zydowka -mowil doktor Singer prowadzac mnie przez korytarz.&lt;br /&gt;Bylismy w srodku. Dwie dziewczyny w recepcji rozmawialy po hiszpansku. Dalam im swoj paszport, ktory teraz byl moja ksiazeczka lekarska.&lt;br /&gt;Doktor Singer zadawal mi mnostwo pytan. Przez 10 minut cwiczylismy wymowe slowek takich jak swinka, odra, ospa, rozyczka i tezec ( o moj boze...) i dyfteryt. Odpytal mnie z angielskich odpowiednikow  i byl zadowoly, ze przygotowalam sie na lekcje ( a tak, a co). Stwierdzil, ze wie ile waze, wie ile mam wzrostu, tylko wciaz nie wie, jaka mam krew. Co zabrzmialo groznie. Popatrzylam na jego usmiech i przestalam byc pewna, czy jest on oznaka dobrotliwosci czy raczej jest to usmiech wampiryczno-sadystyczny. O malo nie spadlam z krzesla.&lt;br /&gt;- Wow - flegmatycznie zareagowal doktor. Nie chcemy, Sylwus, zebys sie nam tutaj zabila, prawda?&lt;br /&gt;- Ha, ha, jak mniemam nieee - odpowiedzialm, tracac z chwili na chwile pewnosc.&lt;br /&gt;Doktor Singer wciagnal na rece gumowe rekawiczki, wyjal strzykawke i gumke.&lt;br /&gt;- Podciagamy rekawki.&lt;br /&gt;Podciagnelam "rekawki", tlumaczac sobie, ze moja wyobraznia powinna byc nieco bardziej racjonalna i jakos sie zachowywac.&lt;br /&gt;Po chwili strzykawka z igla wystawala z mojej  reki. Doktor Singer zajmowal mnie rozmowe. W pewnym momencie przerwal i spokojnie stwierdzil:&lt;br /&gt;- Ale TY NIE MASZ KRWI.&lt;br /&gt;- Acha - odpowiedzialam.  I wlasciwie mialam ochote zwiewac.&lt;br /&gt;Doktor naklul mi drugie ramie i z przyjemnoscia patrzylam jak moja krew splywa po sciankach zbiorniczka.&lt;br /&gt;Probka miala wykazac wszytkie obecne w krwi mej antyciala. Kompletnie sie na tym nie znam, ale dziwnym mi sie zdal fakt, ze bez okazywania mojej przeszlej polskiej ksiazeczki szczepien doktor bedzie wiedzial, ze mialam wszystkie szczepienia oprocz tezca ( o moj Boze, ktory stworzyles jezyk polski nie do wymowienia, blogoslawione imie twoje...). Nastepnym razem, przy okazji okazania skory z testem na gruzlice, dostane tego tezca. Doktor "wszczyknal" mi jeszcze te gruzliczki tuz pod skore i bylo po wizycie. 220 baksow. Wychodzac liczylam klientow, tzn pacjentow - 7 osob. Kazda po 220 baksow, to za jedno poludnie, od 3.00 do 17.30 mamy 1540 baksow i tak piec dni w tygodniu, 20 dni w miesiacu. Niezle. Tez chce zostac doktorem - specjalista medycyny imigracyjnej. No moze w nastepnym zyciu, w tym juz nie mam czasu, a i mam przyjemniejsze rzeczy do zrobienia.&lt;br /&gt;****&lt;br /&gt;Moja reka napuchla i zaczerwienila sie.  Jak rozumiem moj organizm zareagowal na pratki. Troche chyba za bardzo zareagowal. Nie powinien az tak idiotycznie walczyc z tymi pratkami bo to oznacza, ze ma  z nimi na pienku. Zastanawiam sie co tu zrobic zeby zmniejszyc obrzek. Hmmm. Mam malo czasu.&lt;br /&gt;****&lt;br /&gt;Doktor Singer jest prawdziwym specjalista. Zobaczyl moja reke, powiedzial:  Eeee. Wyjal centymetr, postawil dwie kropki w centrum obrzeku, zmierzyl i stwierdzil:&lt;br /&gt;- 4 milimetry. Wpisujemy 4. Wszystko zalatwione, zadowolona? Jeszce tylko teee-zycszc, czy cos. Dostalam szczepionke.&lt;br /&gt;Jestem faktycznie zadowlona. Myslalam, ze proces medycznej weryfikacji kandydata na obywatela bedzie trwal wieki. Tymczasem, jestem oto pozbawionym syfilisu i HIV, zaszczepionym na wszystko mozliwe, bezgruzlicznym pretendentem, ubiegajacym sie, jak milion moich meksykanskich kolegow i kolezanek, o status rezydenta Stanow Zjednoczonych Ameryki Snow Naszych I Marzen.&lt;br /&gt;Amen&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2032825958103808373?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2032825958103808373/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2032825958103808373' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2032825958103808373'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2032825958103808373'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/03/wizyta-u-lekarza.html' title='Wizyta u lekarza'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-408787134177586717</id><published>2008-03-25T09:54:00.000-07:00</published><updated>2008-08-08T09:31:10.817-07:00</updated><title type='text'>Ojczyzna</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjI_4s8yWI/AAAAAAAAAGw/7NcB-PUHP1k/s1600-h/P1030764.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5190619570422729058" style="FLOAT: left; MARGIN: 0pt 10px 10px 0pt; CURSOR: pointer" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjI_4s8yWI/AAAAAAAAAGw/7NcB-PUHP1k/s320/P1030764.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Pamietam, ze kiedy skonczylam lat 18 i przyszla pora na stanie sie pelnoprawnym obywatelem kraju mego matczynego, patrzac na kwestionariusz i rubryke obywatelstwo i narodowosc, zastanawialam sie co mam wpisac. Bylo oczywistym, ze p o w i n n a m wpisac : polskie, polska. Tymczasem wahalam sie. Wydawalo mi sie, ze jestem ponad obywatelstwo, ponad kazdy kraj i nie naleze do zadnego panstwa, oprocz panstwa Bozego. Polska literature romantyczna czytalam z pasja, ale i z intencja znalezienia w niej "czegos wiecej" niz kwestie narodowosciowa. Wiedzialam, ze moje obywatelstwo to prawa me i obowiazki me wzgledem kraju, w ktorym zyje. Nikt mnie pytal czy chce miec jakies prawa i jakies obowiazki ( jakze zbuntowanym sie jest, gdy ma sie lat nascie). Chcialam przestac byc obywatelem w ogole. Moj opor wobec przynaleznosci koncentrowal sie w idei umiarkowanego anarchizmu. Nie imponowalo mi bycie czescia systemu. Nie chcialam partycypowac w demokratycznej wladzy, w zadnej wladzy, ktora jak nic wydawala sie sprzeczna z idea wolnosci i niezaleznosci. Moja niezaleznosc postanowilam wyrazic w rubryce narodowosc i wpisalam tam: zydowska. Narod to nie panstwo, to ludzie, to kultura. Jesli mialam opowiedziec sie, po ktorej stronie jestem w spisku historycznym, bylam po "naszej" stronie. Narodowosc - narod wybrany. Uwazalam, ze mam prawo wybrac swoj narod i swojego Boga. Moimi naczelnymi emocjami wobec Stworcy byla bojazn i drzenie. Musiala we mnie plynac krew Izaaka i Abrahama - zdecydowalam. Rodzice uznali, ze nie szanuje swoich korzeni. Przyniesli nowy formularz, wpisali "narodowsc polska". A ja czulam, ze to nie prawda. Nie bylam z tym narodem w jego bojach o niezaleznosc, nie popuszczalam lez wzruszenia kiedy zwyciezali na frontach swiata... Zydzi iponowali mi swoja wedrowka, swoim meczenstwem i zdolnoscia asymilacji. Czulam wspolnote duchowa i tyle.&lt;br /&gt;Z drugiej strony obywatelstwo moje i narodowosc ma wcale mnie nie uciskaly. Nigdy nie narzekalam. Otaczajaca mnie rzeczywistosc byla w porzadku. Lubilam moje miasta dwa, lubilam ludzi, kochalam literature tworzona w moim jezyku ( jakos nigdy nie pomyslalam zeby go utozsamic z narodem), uwielbialam sie uczyc historii. Ale wciaz nie godzilam sie z przynaleznoscia. W pewnym momencie postanowilam zostac Japonka z narodowosci, bo zafascynowala mnie kultura tego kraju, potem bylam Hinduska, Pasztunka, Kurdyjka, Rosjanka, przez moment nawet Polka, az wrocilam do Zydowki i postanowilam wyjechac do Nowego Yorku, bo wiadomo, ze to miasto okupowane. Fakt, nowojorscy zydzi spotkani na ulicy pytali czy jestem zydowka i moje "tak" ich zupelnie satysfakcjonowalo. A skad? Drugie, zupelnie naturalne w przypadku tego narodu, pytanie. Z Polski. Aaaa. Obywatelstwo -Polskie, narodowosc - zydowska. OK, przez jakis czas moze nawet w to wierzylam. Ale nie jestem, do cholery zydowka! To moje literackie i historyczne fascynacje tworzyly moje narodowosci.&lt;br /&gt;Tymczasem musze sie przyznac. Tesknie do tych pagorkow, do tych szeroko nad blekitnym, rozciagnionych. W koncu, po wielu latach tulaczki, w obcym kraju zrozumialam, ze bardzo lubie miejsce gdzie sie urodzilam, ze jest wyjatkowe, ze zycze mu jak najlepiej, ze calym sercem jestem z ludem jego, ze polski obyczaj ludowy jest obyczajem mym. I tak jakos zawsze rzewnie mi sie w oczach robi kiedy polski swoj jezyk ojczysty slysze, kiedy jakis obrazek w telewizji burzuazyjnej, amerykanskiej zobacze, a to z flaga bialo-czerwona krolewska, a to z Matka Boska Wszystkich Polakow, Pania i Oredowniczka, pocieszycielka imigrantow.&lt;br /&gt;Tesknie - prawda jest taka - tesknie za swoja rodzina, za przyjaciolmi, za Bracka i Kazimierzem, za katedra w Sandomierzu. Tesknie za miejscami znajomymi i oswojonymi, za czasem, ktory przeminal, za wydarzeniami, ktore sie wydarzyly, za ludzmi, ktorzy bedac, przeszli przez moje zycie i poszli swoja droga. Tesknie za soba znana i dokonczona, za soba oswojona i zaakceptowana.&lt;br /&gt;Nowa Anglia ma szanse zostac moim krajem z wyboru. Lubie to miejsce: miasta, rzeki, ptaki, gory i morze. Wybralam takze bycie obywatelka. Zrozumialam swoje prawa i stwierdzialm, ze w pewnym sensie skorzystam z tych praw, widze je bardziej swiadomie.&lt;br /&gt;A zatem obywatelstwa dwa. Ojczyzna - miejsce urodzin moich rodzicow, Sandomierz. Moj kraj - Ameryka. A moja narodowosc? Jestem z Polski. Uwielbiam ludzi. Wciaz nie rozumie slowa narod.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-408787134177586717?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/408787134177586717/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=408787134177586717' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/408787134177586717'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/408787134177586717'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/03/ojczyzna.html' title='Ojczyzna'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/SAjI_4s8yWI/AAAAAAAAAGw/7NcB-PUHP1k/s72-c/P1030764.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-2307316331485199662</id><published>2008-03-20T11:56:00.000-07:00</published><updated>2008-08-08T09:30:46.202-07:00</updated><title type='text'>Slowa</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O8gObLElI/AAAAAAAAAFI/MI9joI1aZHU/s1600-h/DSC00162.JPG"&gt;&lt;span &gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5180191258220106322" style="FLOAT: left; MARGIN: 0pt 10px 10px 0pt; CURSOR: pointer" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O8gObLElI/AAAAAAAAAFI/MI9joI1aZHU/s200/DSC00162.JPG" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span &gt;&lt;br /&gt;W Polsce okreslalam sama siebie jako milosniczke slow i wyrazen. Teraz dopiero zrozumialam, ze identyfikowalam sie z moim jezykiem. Moja istota zostala uformowana z gliny polskich slow, z polskiego sz i cz. Zylam w jezyku, przez jezyk siebie wyrazalam. Codziennie ubieralam sie w metafory, neologizmy, idiomy. I to bylo proste. Bo jezyk byl moj, a ja bylam jego. Nie bylo problemu ze sformulowaniem swoich mysli i przekazaniem ich dalej. Kontakty z ludzmi byly werbalnie mozliwe, jesli tego chcialam. Po prostu moglam zaprosic kogos do mojego swiata uzywajac Slowa. Prosze, gosciu znuzony, usiadz pod mym drzewem, a odpocznij sobie. I tak mogla zaczac sie przygoda lub podroz.&lt;br /&gt;I to wszystko sie zmienilo.&lt;br /&gt;Dostalam sie w strefe "nie mojego jezyka", w strefe jezyka obcego. I to nie jest proste. Codziennie zmagam sie z nie swoimi slowami, zwrotami. Musze siebie z tych obcych slow zbudowac od nowa. Bo Sylwia stala sie Sylvia. I nie jest to tylko roznica w jednej literze. To roznica kolosalna. Nie moge po prostu tlumaczyc swoich mysli, bo gdzies w tych obcych zdaniach tonie sens i znaczenie. Nie moge siebie po prostu prze-transformowac, prze-literowac, prze-tlumaczyc na angielski. Przeklad literalny nie oddaje prawdy o osobie, o tym kim jestem. (Who&lt;span style="FONT-WEIGHT: bold"&gt; I&lt;/span&gt; am? who &lt;span style="FONT-WEIGHT: bold"&gt;am&lt;/span&gt; I? ) A chyba kazdy z nas pragnie sie wyrazic, zaistniec. Otoz, czasami, z braku srodkow wyrazu, musze przestac istniec, musze zamilczec, zniknac w ciszy. Bo nie znam slow, nie wiem jak siebie w tym nowym jezyku okreslic. Uzywajac metafor, ktorych uzylabym w Polsce pozostaje dla Amerykanow nie zrozumiala, a wiec nie istniejaca. Istnienie jest slowem, nazwaniem.&lt;br /&gt;"Na poczatku bylo Slowo, Slowo bylo u Boga i Bogiem bylo Slowo"&lt;br /&gt;"In the beginning was the Word, and the Word was with God, and the Word was God".&lt;br /&gt;Wstajac rano, zadaje sobie pyatnie, czy Sylvia musi byc inna niz Sylwia? Czy jest jakis sposob by zachowac Sens? I otwieram slowniki, czytam obca literature i zaczynam czuc rytm tego obcego jezyka, dostrzegac jego barwe i piekno. Rozsiadam sie w moich angielskich myslach, w moich gaworzeniu ze soba w obcym jezyku. Czuje sie swojsko. Normalnie. Zaczynam, powoli uzywac metafor. I nie sa to polskie metafory. Nowe, jeszcze lsniace i cieple metafory angielskie. Jak to sie dzieje, ze obok mnie polskiej, dorasta nowa Sylvia, myslaca po angielsku.&lt;br /&gt;Kiedy tak patrze na obie: Sylwie i Sylvie, czuje, ze moj mozg musial podwoic swoja objetosc, musiala tam zajsc jakas chemiczno-fizyczna metamorfoza. Iloma jezykami wladasz, tylekroc jestes czlowiekiem...- kiedys smialam sie z Gothego, dzisiaj czuje, ze to jest prawda.&lt;br /&gt;Wiem, ze nigdy moja nowa Sylvia nie bedzie tak wyrazna, tak okreslona, tak precyzjnie zakorzeniona w glebie swojego jezyka, swojego wyrazu. Zawsze bedzie jakas taka blada, troszke smieszna, troszke nerwowa, troszke mamroczaca pod nosem z zaklopotaniem. Wiem, ze moj drugi jezyk nigdy nie stanie sie narzedziem pracy, sposobem istnienia.&lt;br /&gt;Polski jest moim istnieniem. Jestem Slowem. Nie jestem "Wordem". Ale kocham teraz po angielsku, smuce sie po angielsku, snie po polowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boje sie w calosci po polsku.&lt;br /&gt;I nijak nie moge znalezc siebie w strachu w angielskim. Bo ten strach jest poza myslami, poza werbalizacja. Nie istnieje. Nieistnienia nie da sie wyrazic.&lt;br /&gt;O czym nie mozna mowic, o tym trzeba milczec.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-2307316331485199662?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/2307316331485199662/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=2307316331485199662' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2307316331485199662'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/2307316331485199662'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/03/slowa.html' title='Slowa'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O8gObLElI/AAAAAAAAAFI/MI9joI1aZHU/s72-c/DSC00162.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-8354870730300963984</id><published>2008-03-13T06:43:00.000-07:00</published><updated>2008-08-08T09:51:31.323-07:00</updated><title type='text'>Ameryka</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O9OubLEmI/AAAAAAAAAFQ/2-r0WAti3rk/s1600-h/00290024.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5180192057084023394" style="FLOAT: right; MARGIN: 0pt 0pt 10px 10px; CURSOR: pointer" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O9OubLEmI/AAAAAAAAAFQ/2-r0WAti3rk/s200/00290024.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Obudzilam sie dzisiaj w kraju, ktory przez wiele lat istnial dla mnie tylko w telewizorze. Obudzilam sie dzisiaj w Ameryce.&lt;br /&gt;Ameryka - kraj nie istniejacy, sztuczny produkt wirtuozerii filmowej wytwarzany w laboratoriach Hollywood. Kraj wykreowany z dziecinnych fantazji o slodkim raju, dziewczecych rojen o idylli rodzinnej, meskich marzen o zyciu pelnym przygody i wolnosci ogladanej z siodla bulanego konika. Prze wiele lat myslalam, ze te wszystkie codziennie pochlaniane przez swiat obrazki, nie maja zadnego odpowiednika w rzeczywistosci. Myslalam, ze amerykanie siedza w swoich papierowych domkach z wlaczonymi telewizorami i swiecie wierza, ze to co im sie pokazuje jest ich wlasnym zyciem. Myslalam, ze kraj zwany Stanami Zjednoczonymi Ameryki Polnocnej jest wirtualny. Widzialam w filmie Matrix jak to wszytsko dziala - pakuje sie biedaka do probowki, podlacza pod zwoje wysysajace prawdziwe zycie i zapodaje sen, film, w ktorym wszytsko tylko wydaje sie byc realne. Czysta Maja. Tak wlasnie funkcjonowala w mojej swiadomosci Ameryka - w ktorej istnialy leki na wszystkie choroby, w ktorej ludzie nie umierali po prostu , ale szli do nieba, stawali sie aniolami i powracali na ziemie, by pomagac innym. Byl to kraj, w ktorym dobro zawsze wygrywalo, rodzina byla swietoscia, a moralnie niejednoznaczny policjant w koncu zawsze dopadal jednoznacznie zlych przestepcow, odkupujac w ten sposob swoje grzechy ( takie jak picie alkohou czy sklonnosc do hazardu i pieknych kobiet, w najgorszym wypadku).&lt;br /&gt;Najwiekszy telewizyjny spektakl, transmitowany przez wszytskie stacje na calym swiecie 11 wrzesnia 2001 obudzil moje uczucia. Zaczelam wierzyc, ze ten kraj istnieje, zaczalem wierzyc, ze jest to Zlo Wcielone. Bo nie lubilam Ameryki po 11 wrzesnia, nie tolerowalam "wojny w imie walki z terroryzmem", nie podobala mi sie idea "przywracania demokracji na swiecie". Amerykanie zaatakowali moj ukochany Afganistan. Tego darowac im nie moglam. Cywile zabici w Kabulu, w Kandaharze, w Mazariszarif, w Heracie byli dla mnie bardziej realni niz "motyle" z Dwoch Wiez. Nie rozumialam wartosci, ktore kazaly rzadowi Stanow Zjednoczonych atakowac to biedne panstwo, w ktorym ludzie zyli na prawde, szarpiac sie ze swoim istnieniem. Afganczykow kochalam za ich niezlomny charakter i wiare, wieksza niz strach przed smiercia. Ameryka stala sie dla mnie krajem Swiatowej Hipokryzji i Falszu. Negowalam wszytko co pochodzilo z USA. Nie bylo we mnie nienawisci do ludzi ( tych biedakow w probowkach), ale nie podobal mi sie szef tego kraju i jego poplecznicy.&lt;br /&gt;Az w koncu przylecialam tu. Pewnego dnia obudzilam sie na 18 ulicy w sercu Nowego Yorku. Moze wladze zlapaly mnie w swoje sieci, moze wraz z przekroczeniem granic zostal mi wszczepiony wirus "amerykanski sen", ale obudziwszy sie w Wielkim Jablku zobaczylam ludzi - takich samych jak wszedzie, poczulam ich tozsamosc ze mna. Zrozumialam, ze sen w jakim zyja jest blogoslawionym snem o wolnosci i tolerancji, o miejscu, gdzie kazdy moze byc soba. Zobaczylam ludzi z kazdego zakatka ludzkiego swiata, ktorzy starali sie po prostu zyc. Chinczykow cwiczacych swoje tai-chi w chinskim parku, polakow sprzedajacych swoja kilebase, hindusow, zydow, pakistanczykow, rosjan, francuzow, niemcow, japonczykow - wszyscy po prostu tu byli, szanujac swoja odmiennosc. I zrozumialam, ze Ameryka to nie szef amerykanow, to ludzie; to miliony ludzi probujacych spelnic swoj sen o idealnym zyciu. I przestalam byc pewna, czy to telewizja nasladuje zycie amerykanow, czy amerykanie nasladuja amerykanskie filmy.&lt;br /&gt;Pokachalam ten kraj za opozycje - za metropolie i malutkie saberbia, za cywilizacje i jej brak w ogromnych, nieujarzmionych przestrzeniach przyrody, za spokoj ulic i miejski szum alej, za bogactwo i biede, za tolerancje wobec innosci i horror biurokracji wyciagajacej macki po twoja prywatnosc, za wolnosc slowa i mysli oraz manipulacje przelewane do glow obywateli przez system. Za niezwykla inteligencje ludzi, ktorzy probuja czuc a nie myslec, i za ich glupote - przerazajaca. Ten kraj jest logiczna sprzecznoscia! Jest niemozliwy! Jest za duzy!&lt;br /&gt;Jestem pionkiem w amerykanskim snie. Budze sie rano, parze kawe, w spokoju zaczynam pisac. Moje marzenie o spokoju. O zyciu doskonalym.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-8354870730300963984?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/8354870730300963984/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=8354870730300963984' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8354870730300963984'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/8354870730300963984'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/03/ameryka.html' title='Ameryka'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O9OubLEmI/AAAAAAAAAFQ/2-r0WAti3rk/s72-c/00290024.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-4451893895788490043</id><published>2008-03-12T07:21:00.000-07:00</published><updated>2008-08-08T09:43:07.284-07:00</updated><title type='text'>Malzenstwo</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O9eObLEnI/AAAAAAAAAFY/3Nqu3roEPIA/s1600-h/TCW_3908.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5180192323371995762" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; CURSOR: pointer; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O9eObLEnI/AAAAAAAAAFY/3Nqu3roEPIA/s200/TCW_3908.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Od czterech dni jestem mezatka. Wiem, ze wyjscie za maz nie zmienia istoty, nie wplywa bezposrednio na strukture DNA, nie powoduje zmiany w ukladzie i skladzie chromosomow, nie modyfikuje moich leukocytow, erytrocytow i trombocytow, nie zmienila sie dlugosc dendrytow ani aksonow. Slowem - jestem soba. Cudowne jest jednak to, ze teraz bycie soba oznacza bycie mezatka. Zmiana przyszla z zewnatrz, zostala ogloszona, oklaskana, przejedzona i sfotografowana na tysiace sposobow. Zmiana ma swiadkow i jest zapisana w jakis oficjalnych ksiegach panstwa, w ktorym mieszkam. Zmiana jest faktem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Malzenstwo jest dla mnie sakramentem.&lt;br /&gt;Nie jestem katoliczka, chrzescijanka, zydowka czy muzelmanka. A jednak jest to dla mnie sakrament - uswiecenie faktu zmiany, metamorfozy.&lt;br /&gt;Pietnascie lat temu malzenstwo bylo dla mnie przeklenstwem - patrzylam na moich rodzicow, przechodzily mnie ciarki, nie widzialam miedzy nimi zadnej swietosci (dzis widze, stanowia to dla mnie przyklad i drogowskaz); patrzylam na malzenstwo mojej siostry - idealne, ale nie widzialm w nim tego, co chcialam zobaczyc (dzis widze i ciesze sie w dwojnasob). Separowalom milosc i malzenstwo. Wydawalo mi sie to niezwykle racjonalne. Nikt nie musi dostawac poswiadczenia o milosci, nie ma sensu spowiadac sie ze swoich uczuc przed urzednikiem panstwowym lub ksiedzem, w ktorego swietosc i boze namaszczenie po prostu nie wierzy sie. Pietnascie lat temu zapadla we mnie decyzja - tak, mam swoje zdanie na temat malzenstwa, jestem przeciw. Kobieta i mezczyzna moga sie kochac bez formalnosci, powinni byc wolni; zadnen kosciol, czy panstwo nie moze stanowic ramy dla relacji miedzy dwojgiem ludzi. Wydawalo mi sie, ze milosc jest nierozdzielnie poloczona z wolnoscia, a wolnosc znaczy samowole - moja wola zawsze powinnam moc sie zrealizowac.&lt;br /&gt;A jednak slowo milosc wywolywalo we mnie placz:&lt;br /&gt;&lt;span style="FONT-STYLE: italic"&gt;Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. &lt;/span&gt;I gotowa bylam przeplakac caly dzien z nadzieja , ze kiedys taka wlasnie totalna, wszytskoobejmujaca milosc mi sie przydarzy...&lt;br /&gt;Kilkanascie lat pozniej zrozumialam, ze w hymnie o milosci jest mowa o wierze, glebokim wewnetrznym zaufaniu Sile, ktora moze spelnic wszystkie oczekiwania, moze kochac w sposob doskonaly, na zawsze. Zrozumialam, ze Hymn o milosci jest Hymnem o wierze. Zrozumialam, ze milosc miedzy dwojgiem ludzi jest czyms analogicznym - zaufaniem i wiara; a wolnosc nie oznacza samowoli, ale odpowiedzialnosc - moge dokonac kazdego wyboru w sposob dobrowolny, ale za kazdy jestem odpowiedzialna i ponosze jego konsekwencje. Zdalam sobie takze sprawe, ze milosc oznacza akceptacje na innosc polaczona z silnym przekonaniem o slusznosci wlasnych pogladow. Milosc oznacza rownowage miedzy dwoma osobami, rownowage uczuc.&lt;br /&gt;I wtedy zapragnelam znalezc kogos, z kim moglabym sie podzielic taka wizja milosci. Malzenstwo zmienilo swoje znaczenie - stalo sie jak wyznanie wiary - tak chce byc z Toba na zawsze i do konca swiata, chce zeby caly swiat o tym wiedzial, lacznie z silami silniejszymi ode mnie, bo jestem dzis silna w mojej milosci.&lt;br /&gt;I stalo sie tak, ze po wielu burzach i zawieruchach w koncu znalazlam osobe, ktorej Droge akceptuje w pelni, ktorej wartosci i idaly potrafie obdarzyc szacunkiem, ktorej wad nie chce zmieniac - to nie moja dzialka, ktorej wolnosc jest dla mnie rownie wazna jak moja, przed ktora nie gram nikogo i nie musze byc silniejsza niz jestem, osobe, ktora wierzy w nasza milosc rownie mocno jak ja. Z wrodzona czlowiekowi niepewnoscia, w czlowieczym wymiarze.To moj maz.&lt;br /&gt;Bo malzenstwo jest stworzone dla ludzi, nie dla bogow. Bo ludzka wiara i ludzka milosc jest zmiennoscia. Malzenstwo jest z jednej strony swietem milosci dwojga osob, z drugiej strony spektaklem wiary i nadzieji - ze moze tym dwojga uda sie kochac i przezwyciezyc wrodzona gatunkowi nomadycznosc. Malzenstwo jest polisa ubezpieczeniowa przed ludzka natura, przed powodzia emocji, pozarem uczuc, huraganem watpliwosci, jest triumfem zwyczajnego czlowieczego strachu przed utrata, przed bolem.&lt;br /&gt;I nie ma zadnej logiki w malzenstwie. Bo byloby przeciez latwiej, kiedy cos zlego sie przydarzy, po prostu odejsc, znalezc szczescie gdzie indziej, nie wiklac sie w ten wezel problemow - wspolny dom, wspolna wlasnosc, wspolne dzieci - byloby latwiej, po prostu czerpac z milosci co sie da i przechodzic do nastepnej. Nie logiczne jest wybierac bol bycia z kims, kto juz nam sie znudzil, kogo znamy zbyt dobrze, kogo codziennosc wywoluje mdlosci. Na tym wlasnie polega roznica miedzy miloscia i wiara. Malzenstwo jest swietem wiary.&lt;br /&gt;"To nie logiczne - ale tego wlasnie chce, chce wierzyc w ta milosc" - to jest wyznanie skladane podczas slubu.&lt;br /&gt;Z drugiej strony malzenstwo to wybieg dwoch przestraszonych samotnoscia osob. To spolecznie usankcjonowana forma zabezpieczenia sie przed nadmierna zmiennoscia w doborze partnerow. To kordegarda wartosci uznawanych przez spoleczenstwo. Jest forma zakupow.&lt;br /&gt;" Biore Ciebie i masz ze mna juz byc zawsze" - to jest wyznanie lekow skladane podczas slubu.&lt;br /&gt;Kiedys na strazy malzenstwa stala moralnosc. Ale moralnosc i jej instytucje systematycznie osmieszaly sie przez caly dwudziesty wiek. W tej chwili moralnosc pracuje za dobre pieniadze gdzies w japonskim burdelu i swiat holduje zmiennosci.&lt;br /&gt;Kocham zmiennosc, uwazam ja za prawo i regule. I dobrze mi z nia. Ale wiem, ze zmiennosc nie stoi w sprzecznosci z wiara. Moja wiara jest moja wolnoscia od zmiennosci i zarazem holdem dla zmiennosci. W ten sposob tworze sobie moralnosc oparta na wolnosci i zmiennosci, na wierze.&lt;br /&gt;I wierze, wierze w malzenstwo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-4451893895788490043?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/4451893895788490043/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=4451893895788490043' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4451893895788490043'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/4451893895788490043'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/03/malzenstwo.html' title='Malzenstwo'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O9eObLEnI/AAAAAAAAAFY/3Nqu3roEPIA/s72-c/TCW_3908.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3146997586627520728.post-3259171030101115488</id><published>2008-03-11T07:27:00.000-07:00</published><updated>2008-08-08T09:55:34.924-07:00</updated><title type='text'>Odkrycia</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O91ubLEoI/AAAAAAAAAFg/N7RFo-khsB4/s1600-h/S7300226.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5180192727098921602" style="FLOAT: left; MARGIN: 0pt 10px 10px 0pt; CURSOR: pointer" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O91ubLEoI/AAAAAAAAAFg/N7RFo-khsB4/s200/S7300226.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;03.11.2008.&lt;br /&gt;Dokonuje codziennie nieomal odkryc na miare Krzysztofa Kolumba. Wpadam na prawdy, ktore dla miliona ludzi na tym swiecie sa oczywiste, a mi jakos nigdy nie przyszly do glowy, jakos nigdy nie objawily mi sie na tle codziennego horyzontu. Dzisiaj na przyklad odkrylam fragment przeszlosci. Odkrylam, ze przez wiele lat chorowalam na "doskonalosc". Jest to straszna choroba, niekiedy, jak mniemam, smiertelna. Zarazilam sie nia chyba od rodzicow. W pewnym momencie przestali we mnie widziec dziecko, zobaczyli Przyszlosc. A Przyszlosc ta miala dlugie nogi, idealna sylwetke,nienaganna plaska twarz z usmiechem swiadczacym o sukcesie. Przyszlosc miala piekny samochod, miala mieszkanie, dzieci i meza, a przede wszystkim miala wyksztalcenie. Jak raz ja moi rodzice zobaczyli, tak juz nie chcieli sie jej pozbyc. Byla jak narkotyk. Podawali mi ja na sniadanie w platkach owsianych, spozywalam ja w kotlecie schabowym i w kielbasie na goraco. W koncu juz nie moglam. Zrezygnowalam z jedzenie miesa (odrobine mniej przyszlosciowego jadu w jedzeniu), potem w ogole odmowilam spozywania; albo nie jadlam, albo zwracalam ta idee, ta wartosc. Nie byla moja, nie moglam na nia patrzec, mimo ciaglego obcowania nie moglam sie do niej przyzwyczaic. A drugiej strony, o tak, chcialam stac sie Przyszloscia, moze ubrana w niedokladnie ta sama czerwona garsonke, moze nie dokladnie w tych butach, ale chcialam byc doskonala. Choroba rozwijala sie pieknie przez wiele lat, pozbawiajac mnie radosci pierwszych kontaktow seksualnych, pozbawiajac radosci "po prostu bycia". Nie potrafilam zyc w niedoskonalym, realnym swiecie, w ktorym moje nogi bywaly brudne, moja skora pokryta pryszczami, a przede wszystkim, moje rozumienie Dasein odbiegalo od tego, co czytalam w swietych ksiegach. Tej realnej postaci nie tolerowalam, zylam z nia codziennie probujac jakos na nia wplynac, jakos ja udoskonalic - nowa twarza, nowa umiejetnoscia, nowym wyzwaniem. Nie przez przypadek trafialam takze w rece mezczyzn, ktorzy chorowali na swoja doskonalosc. Niczego ode mnie nie wymagali, ale oficjalnie nie znosili niedoskonalosci. Nie tolerowali bledow. Siedzilam wiec cicho jak myszka - zeby sie nie wydalo, zeby przypadkiem nie wyszlo na jaw, ze i ja jestem nosicielem wirusa wstretnego wybrakowania. Bylam przekonana, ze gdy tylko moj partner dojrzy skaze, przestanie mnie kochac. Staralam sie byc Przyszloscia z wizji moich rodzicow,czasami modyfikowalam ja domalowujac kolory z idealizacji moich mezczyzn. I nie znosilam siebie, nie moglam sie pogodzic, odpoczac. Az w koncu, pewnego dnia, a raczej przez wiele dni, przez wiele nocy dopadala mnie metemarfoza. Pierwszy raz odczulam ja jako cieplo na moim czole, jako reke opatrznosci sprawdzajaca moje gorace, rozpalone smutkiem czolo. Pierwszy raz usmiechnelam sie wtedy i powiedzialam : wierze, ze nie moja zasluga jest dzien nastepny, wierze, ze nie moja zasluga jest ta noc, ktora przynosi spokoj i schronienie, wierze, ze swiat jest doskonaly, nawet jesli nie wszyscy to dostrzegaja, wierze ze ja jestem doskonala od poczatku, jestem doskonala bo jestem. Wyjac jak dzikie zwierze, szarpiac sie, tarzajac po ziemi, placzac, trzesac sie i szlochajac, wykrzykujac bluznierstwa do Boga, do swiata wyzwolilam sie z doskonalosci. Przeszlam cos w rodzaju detoksu, kastracji. Wiem, ze narkotyk doskonalosci ciagle gdzies krazy w moich zylach, ze nieostroznosc i brak swiadomosci moga mnie wrzucic w ramiona choroby, ale staram sie dzisiaj po prostu byc, staram sie wierzyc w codziennosc, w moja czlowieczosc. Juz nie chce byc Bogiem. Przywrocilam Bogu jego wlasne miejsce w moim swiecie. A raczej przyznalam, ze ja sama nie wiem gdzie jest moje miejsce i w pokorze poprosilam o pomoc. I ta pomoc przyszla, w postaci spokoju, w postaci zgody na kazda zmarszczke, kazda pomylke. I wiem, ze to nie jest moja zasluga. To zasluga pokory bycia codziennie bez Przyszlosci, to zasluga pokory bycia soba, nie Bogiem.&lt;br /&gt;Moja choroba na doskonalosc , moje bycie doskonalosciocholikiem zostanie ze mna na zawsze, przypominajac codziennie o Drodze.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3146997586627520728-3259171030101115488?l=sylviawillcox.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/feeds/3259171030101115488/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3146997586627520728&amp;postID=3259171030101115488' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3259171030101115488'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3146997586627520728/posts/default/3259171030101115488'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sylviawillcox.blogspot.com/2008/03/odkrycia.html' title='Odkrycia'/><author><name>Sylwia Willcox</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05557389769702131932</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/TDRO2ux08PI/AAAAAAAAA5E/gZLhtX4TH98/S220/DSC05464.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kEb-lWAaYvo/R-O91ubLEoI/AAAAAAAAAFg/N7RFo-khsB4/s72-c/S7300226.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
